TeŻet zawsze się ze mnie śmieje, że łatwo ulegam reklamie i wpływom blogowych faz. Wszystko łykam jak młody pelikan, aż mi się uszy trzęsą. Oleje, BB kremy i Yankee Candle to już dla mnie codzienność. Oczywiście z biegiem czasu troszkę się uspokoiłam. Nie łapię już byle czego, zerknę to tu, to tam, żeby upewnić się, że czegoś chcę. Chcę w tym wypadku nie zawsze oznacza potrzebuję. Kiedy jednak nawet z mojej lodówki wyskakiwały hasła BALEA oraz ALVERDE, no to kurwa... Ja nie spróbuję?
Idąc dalej tym tropem, aż zacierałam rączki ze szczęścia, na myśl o wyjeździe do Czech. Drogerie DM stały tam dla mnie otworem i to na każdym rogu, więc wyciągnęłam worek pepiczkowych pieniędzy i postanowiłam przepalić trochę hajsu. W końcu mogłam sprawdzić te cuda, które wabią każdego jak niemiecka chemia i żelki Haribo.
Na pierwsze zakupy rzuciłam się tuż po przyjeździe do Pragi. Żeby jednak podkręcić dramatyzm dodam, że zakupy te zrobiłam gdzieś o godz. 9 rano, z czego przyjazd był ok. godz. 5 rano, a za sobą miałam 11 godzin w autobusie. Nic nie mogło jednak stanąć na mojej drodze do Drogerii DM. Specjalnie nawet przemyślałam spakowanie bagażu nie biorąc ze sobą żelu pod prysznic i szamponu do włosów. Skoro miałam takie cuda na wyciągnięcie ręki, to po chuj miałam brać ze sobą jakieś stare, nudne kosmetyki? W mojej głowie byłam geniuszem i mistrzem sprytu.
Wraz z przebywaniem w Pradze, zakupy lekko się powiększyły, a ja wróciłam do Polski w workiem zakupów czystego, niemieckiego dobra zza czeskiej granicy. Przejrzyjmy więc, czym obciążyłam sobie bagaż.
Ostrzegam! Mój niemiecki i czeski leżą, nie jestem też maniaczką DM, dlatego specjalnie dla was stworzyłam te nowe, czasami bardzo oryginalne, nazwy produktów!
Na pierwsze zakupy rzuciłam się tuż po przyjeździe do Pragi. Żeby jednak podkręcić dramatyzm dodam, że zakupy te zrobiłam gdzieś o godz. 9 rano, z czego przyjazd był ok. godz. 5 rano, a za sobą miałam 11 godzin w autobusie. Nic nie mogło jednak stanąć na mojej drodze do Drogerii DM. Specjalnie nawet przemyślałam spakowanie bagażu nie biorąc ze sobą żelu pod prysznic i szamponu do włosów. Skoro miałam takie cuda na wyciągnięcie ręki, to po chuj miałam brać ze sobą jakieś stare, nudne kosmetyki? W mojej głowie byłam geniuszem i mistrzem sprytu.
Wraz z przebywaniem w Pradze, zakupy lekko się powiększyły, a ja wróciłam do Polski w workiem zakupów czystego, niemieckiego dobra zza czeskiej granicy. Przejrzyjmy więc, czym obciążyłam sobie bagaż.
Ostrzegam! Mój niemiecki i czeski leżą, nie jestem też maniaczką DM, dlatego specjalnie dla was stworzyłam te nowe, czasami bardzo oryginalne, nazwy produktów!
BALEA
Kremowo-olejowy żel pod prysznic - Pistacja i olej z hroznovych jader (czyli chyba winogron)
Czyli typowy dosyć gęsty, biały i "kremowy" żel pod prysznic. Zero cudownego składu, 250 ml żelu pod prysznic. Zapach, jak zapach - trochę słodki, ciut owocowy połączony z syntetyczną pistacją. Nawet przyjemny, ale po legendach, które słyszałam o cudownych, nieziemskich aromatach to raczej mam smuteczek.
Cena to 32,90 pepiczków, czyli jakieś 5,15 zł
Sorbet pod prysznic - Słoneczna Brzoskwinia
Znowu biała i gęsta ciecz do mycia przy czym w tym wypadku, jest tak gęsta, że jestem pełna podziwu dla odporności opakowania na moje wyciskanie. LIMITKA! Tutaj zapewne powinnam paść z zachwytu, że mam towar tak wyjątkowy i powinnam go sobie wydzielać jak najdroższą kokainę. Pachnie słodko, owocowo, brzoskwiniowo-syntetycznie. Myć - myje, pienić się - pieni.
Cena to również 32,90 pepiczków, czyli jakieś 5,15 zł - aczkolwiek pojemność to 200 ml
Balsam do rąk - Borówki
Tutaj już miałam troszkę nadziei. Koncepcja balsamu do rąk, o pojemności 300 ml, w dodatku z wygodną pompką, przemówiła do mnie. Snułam wizje, że idealnie sprawdzi się, jako stacjonarny krem do rąk w domowej łazience. Jak na zwykły drogeryjny skład można docenić, że nie zawiera silikonów, a nawet wysoko można znaleźć oleje i masło shea. Druga strona medalu do parabeny, które ja mam głęboko w dupie. Niestety... Balsam okazał się być koszmarnie lekki, wręcz wodnisty. Do rąk uwielbiam mocno treściwe wynalazki, chętnie przyjmuję też silikon. Świeżo po umyciu rąk zawsze wyciskam tego balsamu za dużo, przez co muszę pół godziny spędzić na smarowaniu dłoni po same łokcie. Idealnie za to sprawdza się jako balsam do ciała na szybko, jeśli rano nie mam czasu na jakieś namiętne masowanie. Pachnie syntetyczną jagodą albo inną borówką.
Cena to 34,90 pepiczków, czyli jakieś 5,50 zł
Szampon do włosów z Aloesem i Hibiskusem - suche a poskozene vlasy
Pierwsze co ciśnie mi się na usta to "Co za gówno...". Największy zawód, jaki mógł i się przytrafić. Trochę z mojej głupoty. Wierząc, że ALVERDE to taka cudowna, naturalna marka, nie spojrzałam w skład tego szamponu. W taki oto sposób trafiłam chyba na jedyny w ich ofercie, który ma w składzie ALKOHOL na trzecim miejscu. Wali jak płyn do spryskiwaczy lub płyn do mycia szyb, w konsystencji jest jak obrzydliwa galareta. Włosy po umyciu są wysuszone, splątane i matowe. Nawet TeŻet, któremu rodzaj szamponu wisi i powiewa, myjąc nim włosy w Pradze stwierdził, że to "straszne gówno". 200 ml czegoś, co teraz stoi mi w łazience i nawet pędzli boję się tym umyć.
Cena to 2 euro, czyli jakieś 9 zł (zaginął mi rachunek, więc posiliłam się internetem)
Masło do ciała - Ovocny Sen
Moje nadzieje wobec tego masła do ciała były ogromne. Naturalne masło do ciała, które mogę kupić w okolicznej drogerii to takie małe marzenie. Już czułam ten syntetyczny zapaszek owoców leśnych, już czułam tę skondensowaną formułę... I znowu zonk. Z masła do ciała mamy coś o konsystencji gęstego balsamu do ciała. Zapach jest identyczny jak granatowa odżywka do włosów i granatowy krem do rąk z rosmanowskiej Alterry, czyli mega słaby. Pewnie znów dlatego, że alkohol jest na 4 miejscu w składzie. Czy już nie ma innych konserwantów? Jak będę miała ochotę dolać sobie wódy do balsamu do ciała to zrobię to sama. Limitka, srimitka, kurwa jego mać...
Cena to 109 pepiczków, czyli jakieś 17 zł
Żel pod prysznic - Wanilia i Mandarynka
W końcu! Światełko w tunelu, które nie oznacza nadjeżdżającego pociągu. Bardzo przyjemny żel pod prysznic który ma przyzwoity skład. Przezroczysty, przyjemnie myje i ma sensowną konsystencje. Przyciągnął mnie do siebie zapachem. Pachnie przyjemną mandarynką z nutką wanilii. Z Czech wróciłam z dwoma butelkami, aż tak przypadł mi do gustu. Kosmetyk, który mogę z czystym sumieniem polecić, bo bardzo, bardzo go lubię.
Cena to 57,90 pepiczków, czyli jakieś 9 zł.
Czyli typowy dosyć gęsty, biały i "kremowy" żel pod prysznic. Zero cudownego składu, 250 ml żelu pod prysznic. Zapach, jak zapach - trochę słodki, ciut owocowy połączony z syntetyczną pistacją. Nawet przyjemny, ale po legendach, które słyszałam o cudownych, nieziemskich aromatach to raczej mam smuteczek.
Cena to 32,90 pepiczków, czyli jakieś 5,15 zł
Sorbet pod prysznic - Słoneczna Brzoskwinia
Znowu biała i gęsta ciecz do mycia przy czym w tym wypadku, jest tak gęsta, że jestem pełna podziwu dla odporności opakowania na moje wyciskanie. LIMITKA! Tutaj zapewne powinnam paść z zachwytu, że mam towar tak wyjątkowy i powinnam go sobie wydzielać jak najdroższą kokainę. Pachnie słodko, owocowo, brzoskwiniowo-syntetycznie. Myć - myje, pienić się - pieni.
Cena to również 32,90 pepiczków, czyli jakieś 5,15 zł - aczkolwiek pojemność to 200 ml
Balsam do rąk - Borówki
Tutaj już miałam troszkę nadziei. Koncepcja balsamu do rąk, o pojemności 300 ml, w dodatku z wygodną pompką, przemówiła do mnie. Snułam wizje, że idealnie sprawdzi się, jako stacjonarny krem do rąk w domowej łazience. Jak na zwykły drogeryjny skład można docenić, że nie zawiera silikonów, a nawet wysoko można znaleźć oleje i masło shea. Druga strona medalu do parabeny, które ja mam głęboko w dupie. Niestety... Balsam okazał się być koszmarnie lekki, wręcz wodnisty. Do rąk uwielbiam mocno treściwe wynalazki, chętnie przyjmuję też silikon. Świeżo po umyciu rąk zawsze wyciskam tego balsamu za dużo, przez co muszę pół godziny spędzić na smarowaniu dłoni po same łokcie. Idealnie za to sprawdza się jako balsam do ciała na szybko, jeśli rano nie mam czasu na jakieś namiętne masowanie. Pachnie syntetyczną jagodą albo inną borówką.
Cena to 34,90 pepiczków, czyli jakieś 5,50 zł
ALVERDE
Szampon do włosów z Aloesem i Hibiskusem - suche a poskozene vlasy
klik, żeby powiększyć! |
Cena to 2 euro, czyli jakieś 9 zł (zaginął mi rachunek, więc posiliłam się internetem)
Masło do ciała - Ovocny Sen
klik, żeby powiększyć! |
Cena to 109 pepiczków, czyli jakieś 17 zł
Żel pod prysznic - Wanilia i Mandarynka
klik, żeby powiększyć! |
Cena to 57,90 pepiczków, czyli jakieś 9 zł.
Miał być talon do nieba a jest balon - balon napełniony gremialnymi zachwytami, ochami i achami, legendami "że usuwa ciąże, krawaty wiąże". Balon wielki, unoszący się nad naszymi głowami, którego ominąć się po prostu NIE DA. Więc i ja nabrałam się na tę reklamę. Co mi z tego wyszło? Dupa zbita, a nie święty graal kosmetyków, tak jak to wśród niemieckich proszków i płynów do płukania bywa.
Szał na ALVERDE jeszcze jako tako potrafię zrozumieć. Jeśli ktoś chce w tani i wygodny sposób kupować kosmetyki, które są naturalne to jest to jakiś sposób na start. Nie jest drogo, a gdyby drogerie DM wyrosły jak grzyby po deszczu, tak jak Rossmann, to faktycznie jest to jako taka opcja. Wygrywa z Alterrą rozpiętością asortymentu. Czy jednak kosmetyki są warte zachwytów? Gdybym miała wydawać wniosek po tym czego spróbowałam to mówię NIE. Nie są. Poza żelem pod prysznic, który możecie mi wysyłać paletami. A szampon to straszne gówno, więc jeśli mnie nie lubicie to też wiecie co mi wysyłać. To co mnie odrobinkę cieszy to magiczne logo NATRUE, którym pewne fafarafa eko marki w Polsce lubią sobie wycierać twarz. W końcu nie jest on uzasadnieniem ceny z kosmosu. Za kilka złotych też można sobie kupić kosmetyk z takim logo i nie oznacza to, że muszę wydać pół pensji na bycie eko.
BALEA to inna para kaloszy. Dla mnie to tak, jakby jarać się kosmetykami ISANA. Z pewnością są tam jakieś perły, ale COME ON! Na litość boską, po co? Jedyna różnica jaką widzę to rozpiętość zapachowa i oczywiście, uwielbiane przez wszystkich, limitowane edycje. Gdy ktoś widzi to hasło to chyba dostaje jakiejś pomroczności jasnej. Jak chcę żel pod prysznic o ładnym zapachu to półki w naszych drogeriach UGINAJĄ SIĘ od towaru. Odżywek bez silikonów i magicznych szamponów też mamy w pizdu. I balsamów do ciała. Serio - to mega przeciętne i zwyczajne kosmetyki. Nie uwierzę w argument taniości, w świecie, gdzie każdy sra się na Meteoryty Guerlain albo limitowaną kolekcję MACa. I kosmetyki Kiehl's, Biodermy albo Vichy. O Estee Lauder nie wspomnę. Chyba, że to sposób na oszczędzanie na wyżej wymienione - mimo wszystko dla mnie nie zrozumiały. Brzoskwiniowy żel pod prysznic mogę sobie kupić z Ziaji albo Lirene.
Tyle w temacie. Już nawet kilku zdań na koniec nie dodam, bo chyba wiecie o co mi chodziło.