Szykujcie fanfary, widły i cenzurę, bo wchodzimy na ciemną stronę ludzkiej (przepraszam bardzo - mojej) natury.
Wyznanie grzechów nigdy nie jest łatwe, szczególnie jeśli spowiadamy się przed większym gronem osób, które w dużej części są nam kompletnie nieznane. Niestety zasadą spowiedzi jest powiedzieć prawdę, nawet jeśli jest ona niewygodna - dla nas albo dla otoczenia. Moja prawda to raczej ten drugi przypadek. 3 stycznia to jednak idealny moment na powroty, póki ciągnie nas siła noworocznych postanowień.
Zanim oczywiście przejdę do rzeczy niewygodnych zacznę od dupereli. Stali czytelnicy zapewne zdążyli zauważyć pewną zmianę w wyglądzie bloga. Pierwszą od jakich dwóch lat z małym haczykiem. Potrzebna mi była jak każdej babie, żeby móc przeżyć dogłębne katharsis i poczuć się jak na nowych, starych śmieciach. Co do kolejnych zmian to mam wobec nich pewne skromne plany, które pozostawiam dla siebie samej.
Tym malutkim przerywnikiem mogę powrócić do wątku głównego. Co sprawiło, że postanowiłam tutaj wrócić? Niestety moje chore widzimisie. Pisanie zawsze lubiłam, co nawet kiedyś mnie podkusiło do rozpoczęcia studiów dziennikarskich. Do ukończenia namówiła mnie już moja mama i argumenty pieniężne. Ale fakt faktem pozostał, że przelewanie myśli w literki dla społeczeństwa jest dla mnie wciąż dużą podjarką.
Z pisaniem bloga w którymś momencie niestety zrobił się problem. Na jaw wyszły dwie brzydkie cechy mojej natury. Pierwsza to zwykle lenistwo. Jestem człowiekiem wielce leniwym, któremu zebranie się do zrobienia czegoś potrafi przysporzyć wrzód na dupie wielkości ziemniaka. Przynajmniej jeśli chodzi o rzeczy inne niż wymalowanie własnej twarzy lub regularną pracę.
Moja druga cecha to fakt, że nie jestem fanką ludzi. A może inaczej - nie jestem fanką "zbiorowości". Grupy ludzi z jakiegoś powodu zaczynają formować pewne cechy wspólne. Więc jak to mówi piękne polskie przysłowie "Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one". W środowisku blogerek jest to raczej świergolenie. Momentami tak słodkie i urocze, że nie daję rady.
Bo ja nie potrafię.
Ja nie umiem tak do wszystkich "Cześć Dziewczyny!" albo "Cześć Kochane!".
Ja nie umiem mówić, że coś jest piękne, jeśli uważam inaczej.
Ja nie chcę pisać 5 zdań o produkcie i mówić "Oto mój nowy post - CZYTAJCIE".
Ja nie pieję z zachwytu nad wszechświatem.
Ja nie jestem idealna.
Kto mnie zna ten wie, że przeklinam i mówię to co myślę. Nawet jeśli komuś wydaje się to chamskie i grubiańskie.
I to zaczęło mi przeszkadzać w pisaniu. Bo wiecznie być Ą Ę jest trudne. Czasami mam ochotę rzucić kurwą (albo innym przekleństwem). Czasami chcę napisać długi wywód na tematy kosmetyczne, a nie brać udziału w pogoni do przedstawiania najnowszych nowości (masło maślane). Czasami chciałabym napisać post, który może nie każdemu się spodobać. Nie chodzi tu o tworzenie aferek w stylu "Jedna baba drugiej babie wsadziła do dupy grabie" - po prostu wyrazić swoje myśli, które mogą komuś nie pasić albo może mieć inne zdanie na dany temat.
Wróciłam! Ale odnowiona forma nie każdemu może się to już podobać - jeśli tak się stanie to mówię na to...