Koło samorobionych kremów do twarzy kręciłam się już od jakiegoś czasu. Najpierw zrobiłam jeden używając gotowej bazy kremowej z e-naturalne.pl. Potem kupiłam zestaw do wykonania kremów ze Zrób Sobie Krem. I choć wszystkie te kremy nie były złe to dużo brakowało im do uzyskania tytułu najlepszego kremu ever - albo przynajmniej brązowego medalu w tych zawodach. Tym razem postanowiłam, że w olimpiadzie pielęgnacji mojej twarzy, wystartuje coś ze sklepu kolorówka.com. Wiedziałam, że szukam kremu na moje cudowne naczynka, a że nie było zestawu wykorzystującą metodę klasyczną, wybór padł na zestaw do wykonania kremu formułą prostą.
Dziś opiszę Wam jak przebiegł cały proces. Na recenzję kremu przyjdzie jeszcze pora, bo dopiero zaczęłam z nim swoją przygodę.
W zestawie znajdziemy wszystko co jest nam niezbędne do wykonania kremu: odmierzone składniki, wodę, ekologiczny konserwant FEOG, kubeczek, mieszadełko, opakowanie wraz z naklejką, no i oczywiście instrukcję. Wszystko dokładnie popakowane i opisane - nic tylko siadać i robić!
Składniki tego kremu to cudowny koktajl wzmacniający nasze naczynka! Macerat z zielonej herbaty, olej z orzechów laskowych, macerat z arniki, ekstrakt na rozszerzone i pękające naczynia krwionośne, wyciąg z kocanki, d-pantenol - znajdźcie mi krem w sklepie, który będzie miał tyle dobrych składników, do tego w takich ilościach! To nie są jakieś części setne, które gdzieś tam zostały wepchnięte, żeby producent mógł napisać, jakiż ma wspaniały krem. Tutaj jest samo dobro, które tylko czeka, by znaleźć się na naszej twarzy! W instrukcji i w sklepie kolorówki możecie znaleźć szczegółową charakterystykę każdego ze składników.
Jedyną rzeczą do której co poniektórzy mogliby się przyczepić to zagęstnik. Przepuściłam go przez stronę CosDNA do analiz składów kosmetycznych (swoją drogą, bardzo przydatny wynalazek, jeśli tak jak ja jeszcze raczkujecie w tym temacie) i wynik był zadowalający. Jeśli weźmiemy pod uwagę ile dobrego znajduje się w produkcie końcowym to jego zupełnie mi to nie przeszkadza.
Cała w emocjach postanowiłam zabrać się za robotę!
Najpierw przelewamy olej z orzechów laskowych oraz macerat z zielonej herbaty do kubeczka. Każdy z nich ma inną gęstość, stąd dwie kolorystyczne warstwy. Dodajemy zagęstnik, poświęcając mu sporą chwilę na ścieknięcie z probówki. Chcemy żeby wszystko dokładnie nam spłynęło, niemalże do ostatniej kropli. Mieszamy, aż całość stanie się jednolicie mętna.
Następnie możemy doświadczyć bardzo śmiesznej chemicznej magii. Wodę przelewamy do opakowania, dodajemy mieszankę olejów z zagęstnikiem i... Puf! Mieszanka robi się biała i "ścięta". Nie przejmujemy się tym, mieszamy dalej, by na naszych oczach powstał gęsty krem. Nie chybił magia, mówię Wam!
Reszta pracy to już tylko kwestia dodawania pojedynczo kolejnych składników i mieszania. Musicie jednak być gotowe, że każdy kolejny składnik na początku będzie rozwarstwiał mieszankę, ale po rozmieszaniu całość będzie stanowiła piękny, gładki i gęsty krem. Wszystkie te reakcje były opisane w instrukcji, więc podczas całego procesu byłam zupełnie spokojna. Krok po kroczku wypełniałam tylko polecenia.
Po skończeniu całej procedury odstawiamy mazidło na kilkanaście godzin w ciemne i chłodne miejsce. Gotowy krem ma lekko kremowy kolor (masło maślane?). Zapach jest delikatnie ziołowo-polny - moje kolejne genialne określenie aromatu ;) Nie drażni, nie utrzymuje się na skórze, nie przeszkadza. Trudno, żeby był inny - w składzie nie ma hydrolatów, ani olejków eterycznych, aby uniknąć ewentualnego uczulenia. W końcu krem ma być dobry każdego. Opakowanie ma dodatkową przykrywkę i uroczą, różową zakrętkę. Dodatkowo dostajemy naklejkę, gdzie możemy opisać gotowy produkt wraz z miejscem na wpisanie daty ważności. Z dodatkiem konserwantu to aż pół roku - bez niego mamy tylko 2 tygodnie i musimy trzymać krem w lodówce.
Cena takiego zestawu to 35,40 zł. Kremu jest 60 gramów i po kilku użyciach mogę stwierdzić, że jest bardzo wydajny! W ofercie sklepu znajdziemy bardzo szeroką ofertę tego typu kompletów - dla każdego coś miłego, na każdy problem znajdzie się odpowiednie rozwiązanie.
Za jakiś czas znajdziecie u mnie też recenzję jak krem się spisywał. Na razie mogę powiedzieć, że wykonanie jest banalnie proste, a konsystencja trzyma poziom tradycyjnych sklepowych kremów. Bardzo ciekawi mnie jak sprawdzi się na długim dystancje, jednak jeszcze cała droga przed nami.
Dziś opiszę Wam jak przebiegł cały proces. Na recenzję kremu przyjdzie jeszcze pora, bo dopiero zaczęłam z nim swoją przygodę.
W zestawie znajdziemy wszystko co jest nam niezbędne do wykonania kremu: odmierzone składniki, wodę, ekologiczny konserwant FEOG, kubeczek, mieszadełko, opakowanie wraz z naklejką, no i oczywiście instrukcję. Wszystko dokładnie popakowane i opisane - nic tylko siadać i robić!
Składniki tego kremu to cudowny koktajl wzmacniający nasze naczynka! Macerat z zielonej herbaty, olej z orzechów laskowych, macerat z arniki, ekstrakt na rozszerzone i pękające naczynia krwionośne, wyciąg z kocanki, d-pantenol - znajdźcie mi krem w sklepie, który będzie miał tyle dobrych składników, do tego w takich ilościach! To nie są jakieś części setne, które gdzieś tam zostały wepchnięte, żeby producent mógł napisać, jakiż ma wspaniały krem. Tutaj jest samo dobro, które tylko czeka, by znaleźć się na naszej twarzy! W instrukcji i w sklepie kolorówki możecie znaleźć szczegółową charakterystykę każdego ze składników.
Jedyną rzeczą do której co poniektórzy mogliby się przyczepić to zagęstnik. Przepuściłam go przez stronę CosDNA do analiz składów kosmetycznych (swoją drogą, bardzo przydatny wynalazek, jeśli tak jak ja jeszcze raczkujecie w tym temacie) i wynik był zadowalający. Jeśli weźmiemy pod uwagę ile dobrego znajduje się w produkcie końcowym to jego zupełnie mi to nie przeszkadza.
Cała w emocjach postanowiłam zabrać się za robotę!
Najpierw przelewamy olej z orzechów laskowych oraz macerat z zielonej herbaty do kubeczka. Każdy z nich ma inną gęstość, stąd dwie kolorystyczne warstwy. Dodajemy zagęstnik, poświęcając mu sporą chwilę na ścieknięcie z probówki. Chcemy żeby wszystko dokładnie nam spłynęło, niemalże do ostatniej kropli. Mieszamy, aż całość stanie się jednolicie mętna.
Następnie możemy doświadczyć bardzo śmiesznej chemicznej magii. Wodę przelewamy do opakowania, dodajemy mieszankę olejów z zagęstnikiem i... Puf! Mieszanka robi się biała i "ścięta". Nie przejmujemy się tym, mieszamy dalej, by na naszych oczach powstał gęsty krem. Nie chybił magia, mówię Wam!
Reszta pracy to już tylko kwestia dodawania pojedynczo kolejnych składników i mieszania. Musicie jednak być gotowe, że każdy kolejny składnik na początku będzie rozwarstwiał mieszankę, ale po rozmieszaniu całość będzie stanowiła piękny, gładki i gęsty krem. Wszystkie te reakcje były opisane w instrukcji, więc podczas całego procesu byłam zupełnie spokojna. Krok po kroczku wypełniałam tylko polecenia.
Po skończeniu całej procedury odstawiamy mazidło na kilkanaście godzin w ciemne i chłodne miejsce. Gotowy krem ma lekko kremowy kolor (masło maślane?). Zapach jest delikatnie ziołowo-polny - moje kolejne genialne określenie aromatu ;) Nie drażni, nie utrzymuje się na skórze, nie przeszkadza. Trudno, żeby był inny - w składzie nie ma hydrolatów, ani olejków eterycznych, aby uniknąć ewentualnego uczulenia. W końcu krem ma być dobry każdego. Opakowanie ma dodatkową przykrywkę i uroczą, różową zakrętkę. Dodatkowo dostajemy naklejkę, gdzie możemy opisać gotowy produkt wraz z miejscem na wpisanie daty ważności. Z dodatkiem konserwantu to aż pół roku - bez niego mamy tylko 2 tygodnie i musimy trzymać krem w lodówce.
Cena takiego zestawu to 35,40 zł. Kremu jest 60 gramów i po kilku użyciach mogę stwierdzić, że jest bardzo wydajny! W ofercie sklepu znajdziemy bardzo szeroką ofertę tego typu kompletów - dla każdego coś miłego, na każdy problem znajdzie się odpowiednie rozwiązanie.
Za jakiś czas znajdziecie u mnie też recenzję jak krem się spisywał. Na razie mogę powiedzieć, że wykonanie jest banalnie proste, a konsystencja trzyma poziom tradycyjnych sklepowych kremów. Bardzo ciekawi mnie jak sprawdzi się na długim dystancje, jednak jeszcze cała droga przed nami.