Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy kosmetyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy kosmetyczne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lutego 2016

DIY Peeling kawowy Body Boom - 3 proste sposoby!


Z jakiegoś nieznanego mi powodu (zapewne dobry marketing) wszędzie w internecie wybuchł nam peeling kawowy BODY BOOM. Każdy o nim pisze, wszyscy się zachwycają, ludzie chcą mieć, bo to wstyd go nie mieć.

Ale przecież ja nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała wszystkiego rozgryźć na własny sposób.
Dlatego dzisiaj dla Was - przepis na peeling kawowy BODY BOOM!

piątek, 22 stycznia 2016

Przypadkowe DIY - Lakier do stemplowania


Wiecie jak to jest - potrzeba matką wynalazku. Ale nie raz, nie dwa, w historii tego świata wielkie wynalazki powstawały jako kompletny przypadek podczas produkcji czegoś innego. 

Te same zasady tyczą się małych rzeczy dlatego dziś krótka historia połączona z DIY o przypadkowym lakierze do stemplowania zrobionym w domu.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Kilka "sposobów na" - więcej na temat Loton Oil Therapy


W czerwcu pojawił się u mnie post, który bardzo zaskoczył mnie swoją popularnością. Okazało się, że oleje z mody nie wychodzą. Z mody nie wychodzą też firmy, które bardzo miło zaskakują nas swoimi nowościami. 

Człowiek zrobił wielkie halo, wszyscy się rzucili, ale co dalej z tym fantem zrobić?

Przez dwa miesiące eksperymentowałam z tym co zesłał mi los, czyli olejami Oil Therapy marki Loton. Więc pora na kilka słów rozwinięcia w temacie.

piątek, 23 sierpnia 2013

MASKOWANIE - Spirulina + Glinka


Ponoć ryba wpływa na wszystko. A co w takim razie wpływa na ryby, że one są takie wpływowe? 
Ano jest taka rzecz - a zowie się SPIRULINA...

sobota, 3 sierpnia 2013

{ PRZEPIS } Masło do ciała w kostce a'la LUSH WICCY MAGIC MUSCLES

Jest cała masa osób w Polsce, która uwielbia LUSHa. Niestety nie jest on dostępny u nas, a jedyną metodą, aby go pozyskać jest zamawianie lub zakup bezpośrednio zagranicą. Dodatkowo wszędzie poza UK (i chyba Irlandią) ceny są wyższe... Ale fear no more! Przychodzę z ratunkiem! Widzieliście moją recenzję masła do ciała WICCY MAGIC MUSCLES? Postanowiłam odtworzyć jakoś ten produkt, żeby każdy mógł zrobić sobie takie samo cudeńko w domu!

Przygotowanie tej receptury wymagało ode mnie 5 podejść i niestety wciąż jest ona tricky - nie zmienia to jednak faktu, że warto jest się nią z Wami podzielić! Opracowałam dodatkowo przepis, który powinien wyjść bez problemów i kombinowania. Najważniejszy jest zapach, bo to on "robi" ten produkt. Zrobienie podobnego jest akurat bardzo łatwe, więc do boju!


Cały przepis robię dzięki wsparciu surowcowemu sklepu BliskoNatury.pl - tam znajdziecie dokładnie te składniki, których użyłam i całą masę innych półproduktów, olejów i naturalnych kosmetyków :) 



MASŁO DO CIAŁA W KOSTCE A'LA LUSH WICCY MAGIC MUSCLES




SKŁADNIKI (porcja na 2 i pół serduszka):
  •  45 gramów Masła Kakaowego (w pastylkach)
  • 1 łyżeczka Masła Shea
  • 1 łyżeczka Oleju Jojoba
  • 2 łyżeczki olejku eterycznego cynamonowego
  • 1 łyżeczka olejku eterycznego z mięty pieprzowej
  • 0,5 pół łyżeczki Oleju Kokosowego
  • kilka kapsułek witaminy lub witaminy E
  • opcjonalnie - fasola Adzuki


Bardzo przypadło mi do gustu to masło kakakowe w pastylkach. Jest to bardzo wygodna forma do przygotowywanie kosmetyków. Masło to samo w sobie jest twardą i kruchą bryłą. W takiej postaci łatwo jest je odmierzać. Ma lekki zapach czekolady co dodaje dodatkowej nuty zapachowej kosmetykom do których go dodamy. Oryginalne masło z LUSHa miało masujące "wypustki", czyli zatopioną w sobie fasolę Adzuki. Nie byłabym sobą, gdybym jej do tego nie kupiła! :3

 

WYKONANIE:

1. Odważamy Masło Kakaowe i roztapiamy w kąpieli wodnej. Dzięki formie pastylek idzie to o wiele szybciej.


2. Dodajemy Masło Shea, Olej Jojoba i Olej Kokosowy. Jeśli dodane masło nie będzie chciało się rozpuścić to wstawiamy na chwilę do kąpieli wodnej.


3. Gdy ta mieszanka lekko przestygnie dolewamy olejki eteryczne z cynamonu i mięty pieprzowej oraz zawartość kapsułek z wit. E. Wszystko oczywiście dokładnie mieszamy.

4. Formy wysypujemy warstwą fasoli. Zalewamy naszym masłem.


 5. I tutaj wchodzi część "trudna". Wszystkiemu dajemy lekko wystygnąć i wstawiamy do lodówki. Czekamy kilka godzin (najlepiej noc), potem wyciągamy masło i czekamy aż jeszcze sobie ostatecznie "przetrawi się" w temperaturze pokojowej.

6. Wyciągamy uważanie z foremki i VOILA! Masełka gotowe!



 UWAGI:
  • Fasola się rozchodzi na boki pod wpływem wlewania masła, dlatego warto poprawić ją sobie łyżeczką, aby tworzyła zgrabną warstwę na dnie. 
  • Wybierając foremkę nie wybierajmy zbyt płaskiej formy. Musi mieć solidną grubość, ponieważ takie masło potrafi być dość "kruche". Gdy napełniłam jedno serduszko do połowy, niestety mi się połamało po wyciągnięciu...
  • To masło nie jest aż tak łatwo topiące jak oryginał. Potrzebuje chwili na skórze, żeby sunąć po niej gładko. Ma to jednak swoją zaletę, ponieważ zużywa się o wiele wolniej.
Ten przepis, był wykonany tak, aby jak najlepiej oddać oryginalny skład WICCY MAGIC MUSCLES. Takie proporcje były najbliższe temu, żeby mi wyszło. Można je jednak zmodyfikować przepis, żeby było łatwiejsze w wykonaniu i "pewniejsze" udanego produktu.

ALTERNATYWNY SKŁAD:
  • 35 g Masła Kakaowego
  • 20 g Masła Shea
  • 20 g Wosku Pszczelego (białego lub żółtego)
  • 15 g Oleju Jojoba
  • Olejeki eteryczne i olej kokosowy bez zmian
Różnica w wykonaniu będzie polegać na tym, że najpierw topimy wosk, potem dodajemy do niego masło kakaowe, a dalej lecimy zgodnie z przepisem ze zmienionymi proporcjami składników :) Wosk oczywiście też dostaniemy w sklepie BliskoNatury.pl, więc daleko szukać nie musicie.

PRO TIP:
Jeśli masło wychodzi Wam za miękkie to nic straconego! Możecie roztopić w kąpieli wodnej jeszcze łyżeczkę albo dwie wosku pszczelego i wrzucić do niego "nieudaną" kostkę. Po rozpuszczeniu i przelaniu do foremki, fasola znów opadnie na dno :)

Planuję mini rozdanie z okazji swoich urodzin - macie ochotę przetestować takie masełko?

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

{ PRZEPIS } Naturalnie kokosowy balsam do ust

Od kilku miesięcy już przestawiłam się zupełnie na naturalne balsamy do ust. Najpierw miałam jeden domowy od Smykusmyka, potem trafilam na markę Figgs&Rouge - którą uważam za przesadnie wysoko wyceniającą swoje produkty firmę. Zapasy jednak powoli się kończyły i trzeba było zrobić coś samemu.

Uzupełniając zapas wosku pszczelego, dorzuciłam do koszyka olej kokosowy. Coś co okazało się być cudownym półproduktem bogów! A nie dla nich syntetyczne kokosy, o nie... Gdy wącham tą śmieszną maź, która o dziwo nazywana jest olejem, czuję się kobieta w reklamie Bounty. Nagle mam plaże, hamak i świeżo rozbitego (przez samego Jasona Momoa) kokosa pełnego miąższu i mleka... Na szczęście używając go w balsamie do ust wciąż pozostawia ten boski aromat. Dlatego szykujcie zlewki, bo warto troszkę posiedzieć w kuchni!

NATURALNIE KOKOSOWY BALSAM DO UST


SKŁADNIKI:

PROPORCJE:

  • 1:1:1 - balsam twardszy; do słoiczka i opakowania na sztyft; 
  • 1,5:1:1 - balsam miększy; do słoiczka 
  • Kolejność produktów w proporcjach taka sama jak na liście przepisów

PRZYDATNY SPRZĘT:

  • miarki, chociaż wystarczy odkażona łyżeczka
  • zlewka, aby było łatwiej przelać do opakowań
  • mieszadełko
  • opakowania - u mnie w tej roli słoiczki z Rossmana za jakieś 1,50 zł






WYKONANIE: 

1.  Do naczynia w którym będziemy wszystko topić, dajemy odpowiednią porcję wosku oraz masła shea. Ilość, której użyłam w tym przypadku do 10 ml każdego ze składników. Wszystko to wstawiamy do kąpieli wodnej i czekamy aż w pełni się rozpuści. 



2. Wyciągamy naczynie. Dokładamy do niego oleju z kokosa, który ma konsystencję podobną do wazeliny. Nakładając go rozkoszujemy się zapachem. Mi w tym czasie zdążyło już wszystko zacząć zastygać (z powodu dużej zawartości wosku), więc musiałam znów pogrzać całą mieszankę. 











3. Dodajemy kapsułkę wit. E, mieszamy i przelewamy do odkażonych wcześniej słoiczków. Pozostawiamy do wystygnięcia i gotowe!


Muszę przyznać, że jestem mega zadowolona z tego przepisu. Jest prosty, tani i ten zapach... No i oczywiście sama natura :3 Osobiście wolę trochę miększe balsamy w słoiczkach, więc gdy ten skończę użyję proporcji 1,5:1:1.

Tym razem składniki kupowałam w sklepie Goremi - Zdrowe Kosmetyki. Tam dostaniecie wszystkie 3 potrzebne półprodukty z baaardzo niskich cenach: to co widzicie na zdjęciach plus najtańsza wysyłka wyniosło tylko 14,82! A ilości takie wystarczą na całą masę balsamów do ust ;) 

I co Wy na takie rozwiązanie?

niedziela, 7 kwietnia 2013

{ PRZEPIS } Grejpfrutowe masło do ciała a'la ORGANIQUE

Obiecane DIY z kosmetyków do ciała. Czyli jak tanio i skutecznie zastąpić drogi markowy produkt.

Gdy przed Wielkanocą obchodziłam z moją przyjaciółką centrum handlowe, ona pełna chęci i zachwytu,  oglądała masła dostępne na wagę w sklepie Organique. Już chciała witać się z maślaną gąską, gdy powiedziałam jej: "Weź daj spokój, zrobię Ci takie samo albo nawet lepsze". Są kosmetyki, które trudno zastąpić wersją domową. Masło do ciała zdecydowanie do nich NIE NALEŻY. 

Nie pamiętam jaka cena widniała w sklepie, a zeznania świadków oraz internetów się różnią ;) Producent chwali się, że produkt zawiera 50% masła shea, dodatkowo też wosk pszczeli, olej sojowy, olej awokado i olej z pestek winogron. Posiedziałam, pokminiłam, popatrzyłam co mam w szafie po uzupełnieniu zapasów. Tak powstało...

GREJPFRUTOWE MASŁO SHEA DO CIAŁA A'LA ORGANIQUE 

SKŁAD na 150 gramów:

Cena: ok. 15,50 zł / 150 g


Wystarczą 4 kroki:

  1. Po odważeniu ilości, musimy rozpuścić nasze składniki, znajdujące się w stałym stanie skupienia ;) W teorii najlepiej jest zacząć od wosku, który ma największą temperaturę topnienia. Ja wrzuciłam oba naraz, zaczepiłam pojemnik o garnek i roztapiałam w kąpieli wodnej. Może to trochę zająć. Jeśli masło będzie w drobnych kawałkach wszystko pójdzie szybciej. Co jakiś czas mieszamy odkażoną łyżeczką/mieszadełkiem, aby troszkę przyspieszyć proces.
  2. Odmierzamy oleje (robiłam to wagowo, nie na mililitry), wyjmujemy z kąpieli mieszankę maślano-woskową
  3. Dodajemy oleje, mieszamy wszystko.
  4. Na koniec dolewamy wit. E z przekłutych kapsułek oraz olejek eteryczny. I znów mieszamy.


Po tym całym zamieszaniu, wszystko przelewamy do opakowania. Warto dać masłu czas ostygnąć do pełnego stężenia. A niech sobie masełko odpocznie kilka godzin.


Konsystencja masła jest zwarta, ale nie mocno twarda. Dzięki zawartości wosku pszczelego powinno wytrzymywać wyższe temperatury, choć lepiej na słońce go nie wystawiać :D Nie ma problemów z rozsmarowywaniem na ciele. Olejów możecie użyć dowolnych, w zależności jakich dodatkowych właściwości chcecie nadać gotowemu masłu. Jeśli chodzi o masło to pozostałabym przy tym shea. Każde masło potrafi sporo różnić się twardością, a to potrafi zmienić konsystencje gotowego kosmetyku. Zresztą to jest najtańsze :3

W ten sposób zyskujemy 150 gramów naturalnego masła do ciała. Żadnych zbędnych dodatków, naturalny zapach i skład pełen dobrych właściwości. Jest bombą nienasyconych kwasów tłuszczowych, witamin... Ba! Część składników pomoże nam nawet przy cellulitisie i rozstępach ;) Chociaż wiadomo, że nie samym masłem należy z nimi walczyć, ale takie pachnące wsparcie warto mieć.

I co Wy na takie rozwiązanie?

A propos rozwiązań... Macie czas zgłaszać się do giveawaya jeszcze do końca poniedziałku, a potem wyniki!

wtorek, 8 stycznia 2013

Cienie mineralne: Złote Ćwieki

Pora na wykazanie się znajomością (czy może kompletną ignorancją?) trendów panujących w modzie uliczno-internetowej. Myślę, że chyba wszyscy zauważyli wszechogarniający podbój ćwieków. Ćwieki, ćwieki, ćwieki - od butów, poprzez spodnie, po staniki. Chyba nie ma elementu ubioru do którego nie zostają przymocowane te kawałki metalu. 


Ćwieki wróciły do łask chyba wraz ze stylem lat 80 i 90. Bycie rock girl w koszuli w kratę, noszenie koszulki z zespołem z "odległych czasów", spiczaste cycki Madonny ściągnięte przez Lady Gagę... Nie ukrywam - nawet do mnie przemawia ta moda, bo ćwieki troszkię lubię. Niestety jestem za mało faszyn (czyt. mam za mało pieniędzy i ważę za dużo), aby przenieść do siebie trochę tych rockowych błyskotek. 

Nie zmienia to jednak faktu, że nawet taki mały kawałek metalu w tak dużej ilości potrafi zainspirować nawet mnie. Bo czym jest prawdziwa ostra laska bez wymalowanego na czarno oka? Dla mnie to naturalne uzupełnienie, wisienka na torcie, ostateczny szlif. Dodajmy jeszcze oku trochę złotego błysku, a oddamy w pełni ten trend na naszej powiece.


Cień mineralny Złote Ćwieki

  • 10 obj. Sericite Mica & Mirystynian Magnezu
  • 3 obj. Stearynianu Magnezu
  • 1 obj. Pudru Jedwabnego
  • 6 obj. Czerni Żelazowej
  • 3 obj. 24 Karat Gold
  • 4-5 obj. Silk Gold (nie mogę sobie przypomnieć ile użyłam...)
Jak zawsze odmierzane łyżeczką 0,15 ml. Składniki bazowe utarte z Czernią w moździerzu. Potem wymieszane w woreczku strunowym z Silk Gold oraz 24 Karat Gold (to pigment, nie czyste złoto :P).



Początkowo moim planem było użycie tylko czarnej matowej bazy oraz złotych drobinek. Drobinki wymagają jednak dobrej oprawy. Najbardziej przydałby im się pewnie jakiś silikon - tych próbuję unikać, żeby zobaczyć jak dużo da się osiągnąć bez zbędnych dodatków z którymi wszyscy tak zażarcie walczą. Jaki uzyskałam efekt?


Swatch na zdjęciu wygląda na zielony-moro. Musicie uwierzyć jednak na słowo, że efekt bardziej przypomina czarny ze złotą poświatą. Próbowałam wykonać makijaż - też wymaga poprawek, ale oto najsmutniejsze oczy świata :

Cień Złote Ćwieki oraz mika Silk Gold

Chyba już sto lat minęło odkąd malowałam się na czarno...  Im cień jest bardziej rozcierany tym mniej złotych drobinek ostaje się na powiece. Poświata jednak pięknie pozostaje. Użyłam tutaj cienia w wersji beta - miał mniej drobinek i nie wiem jak zachowałby się, gdybym zaczęła makijaż od początku. Gdyby ktoś był zainteresowany zrobieniem testu wraz ze zdjęciami to piszcie śmiało! Testerów nigdy za wiele :3


Źródła zdjęć z kolażu:
http://allegro.pl/bransoletka-cwieki-chic-gothic-punk-2-kolory-50-i2802303560.html
http://www.moda.net.pl/dodatki/botki-z-cwiekami
http://art-madam.pl/bransoletki/cwieki-pleciony-cwiek,18063,389
http://wizaz.pl/szafa/wieszak_widok.php?wid=37987
http://szafa.pl/c10352047-cwieki-koszula-biala-36.html
http://www.photoblog.pl/superubraniaa/141240256/stanik-z-kolcami.html
http://szafa.pl/c11666994-torba-cwieki-bowling-czarna.html
http://shushu.pl/user/estilo/d/

piątek, 4 stycznia 2013

Cienie mineralne: Strong Green

Robienie cieni do powiek zrobiło się strasznie uzależniające, ale nie żałuję. Nie żałuję, bo wreszcie znalazłam zielony cień dla siebie. Nawet nie tyle co znalazłam, a zrobiłam sama ;)

Strasznie ciągnęło mnie do matowej Hydratyzowanej Zieleni Chromowej. Niestety pigment ten sam w sobie jest średnio wygodny w użytku. Dlatego postanowiłam sobie coś "skręcić". Wykonanie zajęło mi jakieś góra 15 minut. Raz dwa i gotowe~!


Strong Green

  • 6 obj. Sericite Mica & Mirystynian Magnezu
  • 6 obj. Hydratyzowanej zieleni chromowej
  • 2 obj. Stearynianu Magnezu
  • 2 obj. Pudru jedwabnego
  • 1 obj. Żółcieni żelazowej
Wszystko razem utarte w moździerzu. Czysty matowy kolor. Bez dodatku żółcieni wyszedł chłodny kolor, trochę rozjaśniony w porównaniu do czystej hydratyzowanej zieleni. Kolor zdecydowanie jest mocniejszy niż na zdjęciu. Sam w sobie nie jest szczytem przyczepności, ale nałożony na bazę marki Kobo zachowuje się bardzo przyzwoicie.


Pierwszy raz udało mi się zrobić samodzielnie zdjęcie makijażu. Nie jest to szczyt fotografii, ale za trzecim podejściem jestem jako tako zadowolona :3

Zdjęcie wrzuciłam drugi raz, aby lepiej pokazać kolor - choć wciąż mu brakuje do rzeczywistości

Aparat rozjaśnił nieco zdjęcie. Użyłam w sobie 2 kolorów - Strong Green oraz Cream Blue Mint. Świetnie ze sobą współgrają, ale nie ma co się dziwić. Oba bazują przecież na tym samym pigmencie.

Wiem, że zasypuję was wpisami z cieniami, ale niedługo może będzie coś o szyciu :D

środa, 2 stycznia 2013

Cienie mineralne: Pastele, czyli prawie wiosna

Jak tam u Was w Nowym Roku? Gdy to piszę, uświadamiam sobie jak bardzo czas leci... Ale nie ma co się tutaj rozczulać - trzeba iść dzielnie do przodu! Z tego właśnie powodu przez najbliższy czas (gdzieś do końca lutego) zapowiada się zmniejszona ilość wpisów. Muszę skupić się na innych sprawach niż blog...

Korzystając z czasu, który pozwoliłam sobie mieć jeszcze wolny, rozwijałam dalej kwestię mineralnych cieni do powiek. Zaczęłam analizować dokładniej składniki, proporcje, próbowałam nawet sprasować swój własny twór. Praktyka i doświadczenie to coś czego jednak nie da się przeczytać z żadnego źródła. W ramach nauki powstały 4 kolory - wiosenno-letnie i świeże. W sam raz na minimalistyczny makijaż rozjaśniający spojrzenie. Dodam, że nadawanie nazw to dla mnie zawsze fajna zabawa i swoista "wisienka na torcie" procesu tworzenia czegokolwiek.

Cream Blue Mint, Cream Apples&Lemons,
Cream Orange, Cream Pink Grape

Podstawowe składniki w tych cieniach różnią się. Trzy zrobiłam na jednej, wymyślonej samodzielnie recepturze. Później jednak doczytałam się, że procentowa zawartość Stearynianu Magnezu powinna mieścić się w mniejszych ramach, dlatego Cream Orange powstał już na innej bazie. Nie mam zarzutów ani do jednego składu, ani do drugiego. Wszystkie cienie pięknie się aplikują i trzymają mojej powieki. 

Skład bazowy cieni Cream Blue Mint, Cream Apples&Lemons oraz Cream Pink Grape

  • 10 obj. Sericite Mica & Mirystynian Magnezu
  • 6 obj. Stearynianu Magnezu
  • 6 obj. Bazy TKB
  • 4 obj Pudru Jedwabnego


Skład bazowy cienia Cream Orange

  • 10 obj. Sericite Mica & Mirystynian Magnezu
  • 6 obj. Bazy TKB
  • 2 obj. Stearynianu Magnezu
  • 2 obj. Pudru Jedwabnego

Ilości kolorów: 3 obj. Hydratyzowanej Zieleni Chromowej, 2 obj. Apple Green POP!, 2 obj. Blue Belle of Asia

Pierwszy powstał odcień miętowy - kolor królujący na wszystkim na czym się da od kilku sezonów. U Arsenic podpatrzyłam użycie Hydratyzowanej Zieleni Chromowej. Bazowe składniki oraz matowy pigment utarłam w moździerzu. Później przełożyłam wszystko do woreczka strunowego, dodałam Apple Green oraz Blue Belle i wymieszałam. Trochę brakuje mi w tym kolorze połysku, jest dosyć matowy.






Ilości kolorów: 4 obj. Lemon Drop POP!, 3 obj. Apple Green POP!

Znów trochę ściągnięte od Arsenic. Wszystko wymieszane w woreczku, aby miki nie straciły swojego połysku. Zdecydowanie bardziej perłowy od poprzednika.











Ilości kolorów: 4 obj. Murasaki Violet, 4 obj. Fuchsia Pink, 4 obj. Strawberry POP!

Raczej chłodnawy kolor, choć ma w sobie trochę ciepła. Utarte w moździeżu składniki bazowe, Murasaki Violt i Fuschia Pink. Później przełożone do woreczka i wymieszane ze Strawberry POP. Troszkę żałuję że róż ucierałam, bo może cień zyskałby odrobinę różowego połysku. Mimo to kolor piękny.








Ilości kolorów: 4 obj. Strawberry POP!, 3 obj. Tangerine POP!, 1 obj. Fuchsia Pink

Wszystko wymieszane w woreczku strunowym. Pastelowy łososiowy, przechodzący w pomarańcz z odrobiną różu. Chyba tak najprościej opisać ten kolor ;) Wydaje mi się, że ma najwięcej drobinek i połysku, chociaż pewna nie jestem.









Wszystkie one na mojej dłoni prezentują się następująco


Wydaje mi się, że skład pomarańczy wymaga drobnych poprawek - aczkolwiek składy, z których korzystam teraz zdecydowanie ulegną zmianie. Chcę zrezygnować z gotowej Bazy TKB i samodzielnie dodawać dwutlenek tytanu. On odpowiada za krycie, ale również bardzo rozjaśnia kolor.

Powiedzcie, co Wy na to, bo ciekawi mnie opinia świata zewnętrznego ;) Co byście zmieniły? A może ktoś chciałby takie dostać, bo wyszło mi ich dość sporo.

P.S. Pamiętacie, że brałam udział w konkursie Wild Thing na blogu Elisabeth Harmony? Jeśli chcecie mnie (lub kogoś innego) wesprzeć i do tego wygrać paletkę firmy NYX to lećcie, czytajcie i głosujcie!

czwartek, 27 grudnia 2012

{ prawie TUTORIAL / PRZEPIS } Płyn micelarny "Pączki z różą"


To jest taki prawie tutorial. Troszkę bardziej własne doświadczenia i zmodyfikowany przeze mnie przepis. 

Wiem, że są osoby, które nie widzą czym jest płyn micelarny. Znaleziona przeze mnie definicja na doz.pl opisuje go jako: Wyjątkowo łagodny i skuteczny preparat do demakijażu twarzy i oczu. Można go również wykorzystywać do codziennej pielęgnacji twarzy. Nie wymaga spłukiwania. Skład oparty na bazie bardzo łagodnych środków powierzchniowo czynnych, które nie powodują szczypania oraz łzawienia oczu. Krócej mówiąc to delikatna woda do demakijażu i oczyszczania twarzy. Osobiście używam tylko do demakijażu, ale zdarzyło mi się oczyścić twarz samą micelarką - jeśli ktoś lubi takie raczej delikatne oczyszczenie to polecam.

Przez lata do zmywania makijażu używałam mleczka. Najczęściej któregoś marki Ziaja np. ogórkowego lub nagietkowego. Bo tanie, bo dużo, bo dostępne, bo zmywa dobrze. Gdy w moje ręce wpadały jakieś płyny na bazie wody nigdy nie byłam zadowolona. Żaden z nich nie działał wystarczająco dobrze, a ja przecież nie używam kosmetyków wodoodpornych! Mleczka też nie były idealne. Po ich użyciu miałam na twarzy jakiś tłusty film, więc bez dodatkowego mycia żelem nie dawało rady. Nie wspominając już o nieprzyjemnej mgiełce na oku, jeśli użyłam za dużo produktu.

Moje nastawienie zmieniło się, gdy miesiąc temu wygrałam u Arsenic konkurs, a wśród nagród znalazł się gotowy zestaw z kolorówki do zrobienia wody micelarnej. Wtedy zrobiłam swoją pierwszą wodę i okazała się być naprawdę świetna! Przyjemnie i skutecznie zmywa makijaż, nie zostawia tłustego filmu, a w dodatku jest całkiem wydajna. Swojego 100 ml opakowania używam miesiąc, jeszcze go nie skończyłam - fakt, że nie codziennie się malowałam, ale i tak nieźle. 

Perspektywa końca tego preparatu miał troszkę mnie przerażała. Szukałam przepisu, który nie wymagałby ode mnie dużego nakładu finansowego. Wykopałam w ten sposób przepis na blogu Seraphase - okazało się, że jedynym tak naprawdę wymaganym składnikiem przy wodzie micelarnej jest P-4C (Polyglyceryl-4-Caprate). Czym jest ten składnik nie umiem powiedzieć. Bo cóż znaczy to, że jest surfaktantem nie zawierającym PEG oraz posiada doskonałe właściwości solubilizujące? Cholera wie. Gdybym przeanalizowała kilka słów to pewnie bym wiedziała :P Jedyne co rozumiem to fakt, że oczyszcza, nie podrażnia skóry i może wpływać pozytywnie na jej stan. Oraz ma certyfikat Eco-cert. To mi do szczęścia wystarczy.

Według Seraphase wystarczy dodać do wody P-4C (maksymalnie 5%), wymieszać i gotowe. Ja bym użyła do tego kosmetycznej wody demineralizowanej oraz odrobinki jakiegoś w miarę naturalnego konserwantu, aby móc trzymać produkt w łazience, a nie w lodówce. Gdyby nie fakt świątecznych prezentów to pewnie skusiłabym się na taką wersję minimalistyczną. Uratował mnie mój chłopak, który chciał kupić mi jakiś dodatek do prezentu. Jeśli nie chcesz mojej zguby, półprodukty kup mi luby! (trochę żenujący żart...)
I tak powstał...

Płyn micelarny "Pączki z różą" (150 ml)

(na wzór płynu z kolorowka.com, składniki kupione na zrobsobiekrem.pl)

  • 87 % Hydrolat Różany (131 ml)
  • 5 % P-4C (7-7,5 ml)
  • 5 % Mleczan sodu (7,5-8 ml)
  • 3 % D-Panthenol (prowit. B5) w roztworze wodnym (4 ml)
  • ewentualnie - 25-35 kropel konserwantu FEOG
  • sprzęt: miarki, butelka na gotowy produkt (nie przezroczysta)

Wykonanie jest banalnie proste. Do butelki na gotowy produkt przelewamy wszystkie składniki oprócz P-4C. Mieszamy przez wstrząsanie. Później odmierzamy i dodajemy P-4C, które jest cholernie gęste. Znów trzęsiemy. Odstawiamy na godzinkę. Trzęsiemy. Odstawiamy na kilka godzin/noc, aby opadła piana. GOTOWE!

Kosmetyk jest ważny 6 miesięcy (bez konserwantu 2 tygodnie i tylko do trzymania w lodówce) - najlepiej gdzieś na opakowaniu zapisać to sobie wodoodpornym pisakiem. Używając hydrolatu różanego uzyskałam zapach dżemu z pączków różanych :3 Oczywiście możemy użyć innego albo wody demineralizowanej. Płyn świetnie działa, tak samo dobrze jak jego poprzednik z kolorówki. Używając maksymalnego stężenia P-4C płyn powinien zmywać bez problemu kosmetyki wodoodporne (nie wiem, nie używam). Ważne jest, aby zmywając makijaż oczu, nie zaczynać od tarcia na chama, a przyłożyć nasączony wacik na chwilę i dać kosmetykowi spokojnie rozpuścić nasz makijaż.

D-Panthenol jest składnikiem nawilżającym naszą skórę oraz poprawia jej regenerację, gdy jest podrażniona, a nawet poparzona. Mleczan sodu również poprawia nawilżenie, ale dodatkowo ma właściwości przeciwbakteryjne i może pomagać przy problemach z trądzikiem. Możemy jednak eksperymentować z innymi dodatkami jak np. wyciągiem z aloesu, alantoiną, gliceryną.

Przejdźmy jednak do innej kwestii - ile to kosztuje? Wszystkie składniki kupiłam w zrobsobiekrem.pl, za zamówienie zapłaciłam z wysyłką 63 zł. Gdybym ograniczyła się do hydrolatu (200 ml), P-4C (30 ml), konserwantu (15 ml) oraz dodatkowej butelki wyszłoby 40 zł. Oczywiście nie są to ceny za jednorazowe zrobienie produkt. Popularne sklepowe 250 ml płyny kosztują od 15 zł do aż 50 zł za uwielbiany przez tłumy firmy Bioderma. Ja wiem - strasznie dużo cyferek, ale co wynika z tej matematyki? Suma summarum stratne finansowo nie będziecie, a zyskacie kosmetyk o dopasowanym do Waszych potrzeb składzie, bez dziwnych dodatków i satysfakcję wykonania go samodzielnie.

Strasznie się rozpisałam. Mam nadzieję, że nie przeszkadzają Wam takie długie wywody. Ja wychodzę z założenia, że lepiej napisać kilka słów więcej, aby sytuacja była klarowna :) Tematy kosmetyczne u mnie wciąż na topie, ale co w głowie to na blogu - na tym to chyba polega ;)

czwartek, 20 grudnia 2012

Początek przygody mineralnej - cień do brwi i Pruskie Złoto

Nadszedł ten dzień, że wreszcie postanowiłam się zabawić swoimi nowymi nabytkami z kolorówki.com :D Mając już pewien zapas składników maści wszelakiej, narzędzie zbrodni zwane moździerzem oraz kilka wolnych słoiczków postanowiłam zacząć. Dzięki temu nauczyłam się kilku rzeczy - podzielę się swoimi doświadczeniami, aby inni byli świadomi!

Na pierwszy ogień wybrałam cień do brwi. Wybrałam przepis minimalistyczny, bazujący na tym co stworzyła Arsenic. Niestety wieczorna pora na tworzenia była nie odpowiednia. Tutaj wysnuwa się lekcja nr 1 - nie należy robić kosmetyków mineralnych w świetle sztucznym. Niby oczywiste, a jednak :P Zaczęłam kręcić po nocy, by do pracy powrócić rano. Świat był na tyle łaskawy, że pierwszy raz od kilku dni wyjrzało na tę okazję słońce.


Próbowałam stworzyć coś co:
a) było trochę podobne do cienia MIYO Coffee
b) było jaśniejsze od powyższego cienia
c) nie było czerwonawe i rude jak powyższy cień

Nie wiem jaki jest idealny kolor dla moich brwi. Potrzebują one dosyć ciemnego cienia, aby zasłonić rzadkość włosków. Żeby było najprościej użyłam Bazy TKB, która jest gotową mieszanką składników podstawowych do stworzenia cienia. Wystarczy dodać kolor i voila! Mamy cień :3 Wykorzystałam pigmenty:

Źródło: kolorowka.com

Tlenek ciemnobrązowy - kolor niemalże identyczny z MIYO Coffee, choć tutaj to czysty pigment
Czerń żelazowa - gdyby ktoś mnie pytał, ja bym nazwała to czerń typu kongo (bo tak nazywam wszystkie ciemne kolory :P)
Błękit ultramarynowy - w małych ilościach, bo jak się nauczyłam służy on do ochładzania barwy




Proporcji nie podam, były spontaniczne, choć bazy dałam na pewno 15 łyżeczek objętości 0,15 ml oraz chyba 2 łyżeczek brązu. Ucierałam, ucierałam, dodawałam trochę niebieskiego, troszkę czerni. Kombinowałam, mieszałam... Chwilkę to zajęło, ale efekt prezentuje się...

[Na górze od prawej]: Cień wieczorny, poprawiony cień poranny
[Na dole]: Swatche 3 użytych pigmentów

Jestem póki co całkiem zadowolona z uzyskanego efektu. Bardzo ładnie komponuje się w moimi włosami i całą resztą. Aczkolwiek nie wykluczone, że nagle dojdę do wniosku, by coś zmienić ;)

Rozochocona "sukcesem" rzuciłam się do zrobienia cienia do powiek. Ainulindale zakochała się w pigmencie matowym Błękit pruski, ale... Tu ukazuje się lekcja nr 2 - pigmenty matowe, czyli tlenki, mają konsystencję suchych pasteli. Są dosyć upierdliwe w użytkowaniu i bez odpowiedniego rozrobienia wydaje mi się, że mogą być ciężkie w obsłudze nawet dla osób wprawionych w bojach makijażowych. Mają piękne, głębokie matowe barwy, ale jest ciężko. Mając komponenty do stworzenia cienia o wygodniejszej konsytencji, przeanalizowałam skład typowego przepisu na cień do powiek Arsenic. Osobiście nie miałam stearynianu magnezu, dlatego skład ostateczny wyszedł mi następująco:

- 3 miarki Bazy TKB
- 2 miarki pudru jedwabnego
- 3 miarki Błękitu Pruskiego
- 4 miarki Silk Gold
[miarka u mnie ponownie równała się 0,15 ml]

Użyte pigmenty; źrodło: kolorowka.com
Wszystko to do mojego cienia poszło w podwójnej ilości. Dodaję odnośniki, aby każdy mógł sprawdzić co dokładnie powodują poszczególne składniki. Ja jednak zauważyłam, że czytanie czytaniem, ale nic nie zastąpi naocznego i naręcznego sprawdzenia każdego składnika. 

Robienie zaczęłam od wstępnego utarcia w moździerzu wszystkich białych składników. Następnie dodałam Błękit pruski. Lekcja nr 3 - ucieramy, ucieramy, ucieramy. Dużo! Zrobiłam nawet zdjęcie porównawcze na początku ukręcania, a po bardzo dłuższej chwili.

Różnica jest ogromna. Moc jaką posiada ten matowy tlenek widać od razu - a to tylko 2 miarki koloru do 20 miarek całej reszty! Gdy już ilość niebieskiego była zadowalająca, przesypałam zawartość do woreczka strunowego. Do niego dosypywałam Silk Gold - pięknej jedwabnej miki ze złotym połyskiem, siostrę Silk Red, którą opisywałam wcześniej. Dlaczego przerzuciłam się na woreczek? Przeczytałam kiedyś na stronie kolorówki, że ucieranie mik w moździerzu może spowodować utratę przez nie połysku. A dodając Silk Gold to właśnie cudowny, złoty połysk chciałam uzyskać. Wtrącę tutaj Lekcję nr 4 - bawiąc się Błękitem pruskim można się nieźle ubabrać. Ja miałam wszystko niebieskie - ręce, stół, łyżeczkę, nos - full zestaw :P




Ostatecznie, po tym całym mieszaniu uzyskałam coś bardzo interesującego. Nowy twór został nazwany Pruskie Złoto - może mało szałowo, ale oryginalnie ;)


Wiadomo - trudno oddać kolor cienia mineralnego zdjęciem... To chyba największy ból... Kolor się rozjaśnił oraz pozyskał piękny złoty połysk. Robi się przez to odrobinkę zielony, może morski. Trochę jak nasze "pruskie" jeziora ;)

Pierwsze wrażenia z ucierania - cudowne! Zabawa przednia! Jak tworzenie pięknych farb na swoje powieki. Jeszcze żebym miała więcej potrzeb/pomysłów. Zdecydowanie trafiłam sobie z nowym hobby w 10! :3

Jak oceniacie pierwsze próby? Ujdą w tłoku?