Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 sierpnia 2013

Bajka o "zboczeńcach" z dobrym serduszkiem

Dawno, dawno temu żyła sobie Kuna Domowa z TeŻetem. Bardzo się kochali, ale chcieli mieć kotka...

Tak zaczęłaby się ta bajka, gdybym miała ją spisać. Ale to nie bajka, a też troszkę historia dla dorosłych, więc zastrzegę na wstępie:
TYLKO 18+ :3

Historia zaczęła się dokładnie w taki sposób. Postanowiliśmy, że weźmiemy pod opiekę jakiegoś małego, puszystego słodziaka. Chwile się to odkładało w czasie, ponieważ planowaliśmy zmieniać mieszkanie. Lokum pozostało bez zmian, a kotek się nie pojawiał...

Aż tu nagle, zwiedzając internety, trafiłam na pewne ogłoszenie...

"Pewna klimatyczna znajoma ma do wydania 8 bardzo klimatycznych kociaków. Jeśli nie masz jeszcze kota możesz sprawić sobie oryginalnego SinKota. SinKoty można odbierać w Warszawie. Obecnie 8 klimatycznych SinKotów szuka właścicieli."


Otóż okazało się, że dziewczyna miała masę kotków, z dwóch miotów dzikich matek, które przypadkiem się do niej przypałętały... Kotki musiały znaleźć właścicieli - inaczej nie byłoby wyjścia i poszły by do schroniska. Małe kociaki nie mają szans w takim środowisku, zwykle kończy się to dla nich bardzo źle...

Czym jest SinClub? "SinClub to grupa, na którą składają się fetyszyści i miłośnicy praktyk BDSM. Naszym głównym celem jest zamienianie wirtualnych znajomości w rzeczywiste, podczas organizowanych przez nas klimatycznych spotkań.". I to właśnie Ci "źli" i "zboczeni" ludzie, zorganizowali mega cudowną akcję od której robi się aż ciepło na serduszku. Szukali domów dla malutkich kotków... :3

Od razu padło hasło: "Kochanie zobacz! Ktoś oddaje kotki w Warszawie! Który Ci się podobają? Bierzemy?". Obejrzał, powiedział żeby brać i zaklepałam nam słodką koteczkę!

Wersja MINI; źródło: https://www.facebook.com/sinkoty

Wersja MAXI MINI; źródło: https://www.facebook.com/sinkoty

Czas mijał, my czekaliśmy aż nasza kluseczka podrośnie...

Minęło trochę czasu, skontaktowałam się z właścicielką - okazało się, że kotka choć mała, to ona już może nam ją przekazać. A tak w ogóle, że nasza kicia ma jajeczka i czy nam to przeszkadza. Ja tam od razu sobie powiedziałam, że nawet jak będzie kocurek to będę kochać jak swoje. Umówiliśmy się na odbiór, w pamiętną sobotę 3 sierpnia... 

Poszliśmy do umówionego miejsca z transporterkiem - ja pełna emocji: rozdygotana, zestrachana, szczęśliwa i na skraju płaczu. Tak właśnie działają na mnie małe, biedne kotki. Trochę wstyd się przyznać, ale to prawda. Już trzymamy naszego słodziaka w rękach, już wkładamy go do domku, jakiś casual talk się odbywa przy okazji, a tu okazuje się, że jeden kociak został do oddania... Rodzony braciszek naszego, podobny zresztą. I czy może nie chcielibyśmy dwóch. Ja od początku myślałam nad dwoma, ale decyzja należała do TeŻeta. Popatrzył, pomyślał chwile. Jak skończyła się ta historia?


Łatwo się domyślić - wzięliśmy dwa! I tak pojawili się w naszym życiu Dżerzej i Louis herbu SinStar :3 Teraz umilają nam życie, rozpuszczają serduszka i sprawiają, że nie chcemy się od nich odkleić... Zapewne jeszcze nie raz i nie dwa się tutaj pojawią. To moje i TeŻeta oczka w głowie!

W ogóle cała akcja Sin Kotowa miała nawet swoich sponsorów! Każdy kto adoptował kotka dostawał "obrożoletkę": specjalne obroże, wyprodukowane przez firmę MasterColt - a z racji tego, że kotki obróżek nie lubią to właściciele mogą mieć nowe bransoletki :3 Ja mam aż 2!


Tak, tak - teraz ja i TeŻet jesteśmy oficjalnie fajni :D

Dlatego chciałabym podziękować wszystkim osobom i firmom, które postanowiły pomóc:

 

 


Wchodząc do tych sklepów znajdziecie różne ciekawe zabawki w klimacie, a jeszcze będziecie wiedzieć, że wspomogli bandę kociaków!

Anonimowy darczyńca ufundował koci drapak, który wylądował u mnie w domu. W zamian prosił jedynie, aby nazwać kotka SinStar i zrobić z niego prawdziwą gwiazdę - dlatego też kotki są herbu SinStar. A ja mam dodatkową motywację, żeby wrzucać ich zdjęcia na bloga :3

W środku mój popisowy numer: usta żaby

Właściwie po co to wszystko opisuje? 

Bo chcę się pochwalić kotkami? No pewnie, ale nie tylko to.

Po pierwsze chcę podziękować za całą akcję. Każdy kto pomaga zwierzętom znajdować domy to złoty człowiek! Dlatego zasługują na każdą pochwałę, nawet tak mało znaczącą jak moja tutaj. Nie chcę myśleć, co mogłoby się stać z moimi misiami, gdyby skończyły w dziczy albo w schronisku...

Po drugie - są kolejne Sin Koty szukające kochającego domków! I są równie piękne jak moje (wiadomo, moje są najpiękniejsze na świecie).

źródło: https://www.facebook.com/sinkoty
Pędźcie! Weźcie jednego! Albo najlepiej weźcie dwa! Ja zawsze miałam jednego kota w domu. Teraz mam dwa i widzę jak ogromną radość mają ze swojego towarzystwa, a roboty i karmienia tyle samo.

Od lewej: Dżerzej, Louis

A ja kończę tego posta, aby nakarmić moje pysie i wyściskać je milion razy, że są tutaj ze mną :3

niedziela, 4 sierpnia 2013

Wyniki rozdania kremów ZIAJA z filtrem SPF 50+

Dziś tylko krótkie obwieszczenie - kremy wygrywają... *werble*

MATUJĄCY


TONUJĄCY

Gratuluję dziewczynom, już się zresztą z nimi skontaktowałam i szykuję wysyłkę na poniedziałek :) Mam nadzieję, że kremy Was nie zawiodą, tak jak mnie nie zawiodła wersja do cery dojrzałej/suchej.

Ciesze się, że braliście udział (a właściwie brałyście). Statystycznie rzecz ujmując, większość z Was zainteresowana była opcją matującą.


Niedługo moje urodziny, więc z tej okazji zorganizuję dla Was trochę prezentów, a co tam!


P.S. A wiecie, że mam od wczoraj w domu kotki? Miał być jeden, a są dwa. Bracia: Louis i Dżerzej! :3

czwartek, 21 lutego 2013

It has to be CHINA

Gdy postanowiłam napisać tego posta do mojej głowy automatycznie powrócił durny filmik:


Tego, że Chiny stały się światową potęgą nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Ogromna ilość rzeczy, które nas otacza powstaje właśnie tam. Sprzęt, ubrania... Nawet kochane przez wszystkich paletki cieni marki Sleek są made in CHINA. Nie mam jednak zamiaru mówić, że źle, że be i że fe. Ale skoro chińszczyzna nas otacza to może warto pomyśleć nad swoimi zakupami? Dokładniej mówiąc - nad ich cenami. Dochodzą do Nas informacje o tym jak tanio wytwarzane są produkty, które kupujemy. Oczywiście, okupione często ciężką pracą małych rąk, ale jednak lądują w naszych domach. 

Ponieważ w mojej głowie ostatnio głównie siedzą akcesoria, pokażę Wam moje ostatnie zakupy. Dodatkowo zaznaczyłam ich ceny. Jak to się łączy z moim dramatycznym wstępem? O tym pod koniec :3


Słodki portfel oraz etui na dokumenty. Nie mogłam się powstrzymać i wybrałam kolor różowo-łososiowy. Lukier aż spływa, ale czasem dobrze jest mieć ze sobą coś kolorowego ;) 


Wszyscy którzy mnie znają osobiście wiedzą, że mam hopla na punkcie wisiorków. Dużych, wyrazistych, na długim łańcuszku i często z motywem zwierzęcym ;) Ostatnio zgubiłam w jakiejś przebieralni podczas zakupów jeden w kolorze z srebrnym, dlatego nadrobiłam to dwoma innymi. Dodatkowo słodkim jabłuszkiem i sercem. Wszystkie pokochałam od pierwszego wejrzenia, a teraz są moje - radość :3


Zrobienie kilku bransoletek nie oznacza, że mam ich wystarczająco! Trochę w stylu rockowym - ćwieki i rzemienio-coś, trochę kobieco - zestaw 5 cienkich i obwieszonych bransoletek. 


Uzupełnijmy to jeszcze kolczykami! Oba typy podbiły moje serce. Ten srebrny, ze skrzydłem, który czepiamy o chrząstkę ucha jest totally awesome! (choć niestety średnio wygląda na moim uchu...)


A na koniec, moje urocze tło do zdjęć - cienki szal, 160x70 cm, w cudowny motyw kotów :3 Do wyboru były 3 wersje kolorystyczne, dwie z nich na jasnym tle z czarnymi kotkami. Szczerze mówiąc, mogłabym mieć je wszystkie...

Tak prezentują się moje zakupy. Musicie przyznać, że sporo tego. Teraz weźmy kalkulator i zliczmy moje wydatki... Hm... Suma sumarum wychodzi 69 zł i 14 groszy. Za szal, portfel, etui na dokumenty, 2 pary kolczyków, 3 bransoletki i 4 wisiorki. Jak za takie łowy to cena jest fantastyczna.

Gdybym te same rzeczy kupiła w nju jorkerze, ha end emie czy innym riserwdzie zapłaciłabym 2 albo 3 razy więcej. Pewnie sam szal by tyle kosztował albo 2 wisiorki.  Zapewne część z Was domyśliła się ku jakiemu morałowi będę zmierzać. Wszystkie te rzeczy kupiłam na eBayu i wysłano mi je BEZPŁATNĄ przesyłką właśnie z Chin.

Warto wziąć pod uwagę jak tanio możemy kupić rzeczy, których potrzebujemy. W 80% przypadków otrzymujemy darmową wysyłkę, a zawsze jeśli przedmiot nie dotrze otrzymujemy zwrot pieniędzy. Zamówiłam też torbę - niestety nie dotarła. Ponieważ minął ponad miesiąc odezwałam się do sprzedawcy i pieniądze miałam z powrotem u siebie. Szybko, bezboleśnie. Gdy pomyślę sobie jak tego rodzaju sprawa wyglądałaby w przypadku zamówienia czegoś z allegro... Pewnie bym mogła śnić o swoich utraconych złotówkach.

Często rzeczy z Chin pojawiają się na allegro. Uśmiałam się jednak, kiedy zobaczyłam ofertę na torbę, której cena była prawie 3 razy większa niż na eBayu. Zaś polski sprzedawca zastrzegł, że będzie nadawana od producenta zagranicą i powinna dotrzeć w ciągu 14-21 dni. Czyli dokładnie tyle czasu ile przeciętnie idą zamówienia zrobione samodzielnie przez eBay. Jak widzę takie oferty to chce mi się śmiać i płakać. Ja rozumiem - daję w ten sposób zrobić rodakowi. Ale czemu mam płacić mu 30-40 zł tylko za kupienie czegoś online? Szczególnie jeśli mogę zrobić to sama za darmo?

Jeśli będziecie chcieć więcej informacji i zasygnalizujecie w komentarzach, mogę zrobić małe krok po kroku zakupy na eBayu: jak szukać, jak płacić paypalem itp.

Weźcie to pod uwagę - czasem warto pogrzebać w otchłani internetu, aby znaleźć coś dla siebie i przyoszczędzić parę grosza. 

sobota, 19 czerwca 2010

Long time, no see

Minęło dokładnie 21 dni, czyli 3 tygodnie od mojego ostatniego wpisu. To najdłuższa przerwa jaką miałam od momentu założenia tego bloga. Głównym źródłem wybicia z rytmu była bardzo przyziemna sprawa, czyli sesja na uczelni. Dodatkowo nachodziły jakieś poboczne zadania, wydarzenia losowe itp. itd. Wciąż jeszcze zresztą pozostało mi jedno zaliczenie, które będzie 25 czerwca... Byłam tak wybita z rytmu, że nawet obowiązki paczkowe (czyli wysłanie candy i wymianki), wykonałam dopiero w tym tygodniu.

Tak duży odstęp czasu tylko utrudnia człowiekowi napisanie czegoś na nowo. Mądre myśli gdzieś uciekają, wydarzenia wypadają z pamięci. Nie wiadomo jak zacząć, co zawrzeć w takim wpisie. Nawet nie jestem dokładnie świadoma co przez ten czas zrobiłam z działu craft. Żeby choć trochę zapamiętać robiłam zdjęcia. Więc z czystym sumieniem mogę pokazać te parę prac, których jestem pewna, że są nowe.

Praca nr 1 - zakładka decoupage na dzień matki dla koleżanki - muszę wykonać drugą, dla swojej mamy, ponieważ strasznie jej się spodobałaPrace nr 2 - zakładka inna na dzień matki + kolczyki celtyckie na prezent - na zamówienie N.No i nr 3 - praca dla mamy, którą oddała w prezencie, a mnie prosi o kopię. Moja mała droga przez mękę. Szczególnie w części pracy (a raczej braku współpracy) z lakierami. Nie do końca idealne, ale jest.Niedługo czeka mnie wolny czas, który z rozkoszą wykorzystam na szydełkowanie, decoupage i filcowanie... Nie wspominając o tym, że z pewnością będę próbować innych.

Tyle z dziedziny craft. Nie samym craftem jednak człowiek żyje.

Bardzo długo trawiłam pewną myśl. Dokładniej myśl o przejściu na dietę. Oczywiście, po drodze były zrywy na zasadzie "odchudzam się~!". Niestety na moim etapie wagowym i nadwadze rzędu 25-30 kilo, takie zrywy szans nie mają. Nie mogą mieć z prostego powodu - walka taka musi być długa. Droga na skróty prowadzi do nikąd. Jak wiadomo łatwo nie jest. Warto jest mieć plan. Mój plan dokładnie jeszcze się nie wyklarował, ale zakłada już dwa punkty: Vitalia.pl oraz pamiętnik. Serwis vitalia.pl poznałam parę lat temu, zupełnie przypadkiem. Na stronie, możemy wykupić sobie dietę z kilku do wyboru, gdzie podajemy nasze preferencje (ile ćwiczymy, czego nie lubimy, ile chcemy razy dziennie jeść, ile mamy czasu na przygotowanie itp.), zaś dobrany dla nas dietetyk ustala nam plan posiłków. Wszystko z przepisami, możliwością zamiany dań, "lunchboxem" i innymi funkcjami. Ponownie podejmuję dla tego próbę z Vitalią. I jak dobrze pójdzie zajmie mi ona czas do stycznia 2011. Co do pamiętnika - można tam go prowadzić, z paskiem postępu oraz innymi bajerami, ale może założę specjalnego bloga tutaj? Co wy na to?

Wywód ten już mnie zmęczył. Szczegóły może opiszę następnym razem. Gdybyście miały pytania - piszcie w komentarzach albo na mail.

Ja póki co pozdrawiam i na pożegnanie - mój kot na poprawę humorów :)

niedziela, 24 stycznia 2010

I tak, i nie

Dopadł mnie spadek formy. Wydaje mi się, że spadki formy zdarzają się każdemu, chociaż czasem jak czytam blogi niektórych widzę tylko pełną, piękną twórczość i czysty geniusz. No i brak gorszych dni. Powód takiego stanu u mnie trudno wytłumaczyć. Może to z powodu "tych dni", może z nieznanej przyczyny. Ogólnie jednak jestem z siebie niezadowolona: nie potrafię czytać wzorów szydełkowych (więc nie zrobię sobie szala), nie potrafię robić na drutach (co każdy potrafi, a ja jak odłożę na 10 minut robótkę to zapominam z czym to się je), nie potrafię w około obkleić świecznika serwetką (tak ładnie, żeby wzór był jednostajny)... Oczywiście wszystko to inne crafciarki potrafią na 5+ - tylko ja nie.

Wczoraj jednak postanowiłam zrobić ciastek, żeby jakoś przełamać to wszystko. Czekoladowych "Całusków pani Darling" z książki pani Małgorzaty Musierowicz.Dla zainteresowanych - przepis z książki "Całuski pani Darling" M. Musierowicz. Pełno tam przepisów literackich typu Ciastka Ksantypy, Śniadanko Sherlocka Holmesa czy Złociste biszkopciki Ani Shirley. Wszystko łatwo i przyjemnie - chociaż przyznaje się, że poza "całuskami" nie próbowałam innych przepisów.

Całuski pani Darling
Składniki: 3/4 tabliczki gorzkiej czekolady, 1/2 kostki masla, 1/2 szklanki cukru, 1 jajko, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 2 szklanki mąki
Wykonanie: Rozpuścić czekoladę w rondelku włożonym w garnek z gotującą się wodą. Zostawić czekoladę do lekkiego wystygnięcia. W tym czasie ubić w mikserze masło, cukier i jajko. Do puszystej masy dolać czekoladę, szczyptę soli, proszek do pieczenia i mąkę. Wszystko wymieszać łyżką, a potem wyrobić ciasto na stolnicy. Następnie ciasto chowamy do worka i lodówki na przynajmniej godzinę. Potem już tylko wyciągamy, wałkujemy (grubość około pół centymetra), wycinamy i pieczemy ok. 20 minut w piekarniku nagrzanym do 120 stopni.
Uwagi własne: 1. Osobiście ciastka piekę w temperaturze ok. 130-140 stopni; 2. Ciastka gdy je wyciągamy mogą wydawać się miękkie, ale potem dość szybko stają się kruche i pyszne; 3. Lubię dodawać do nich pokruszonej czekolady - należy tylko uważać, aby kawałki nie były za duże, inaczej ciasto ciężko się wałkuje; 4. Gdy wałkuje ciasto ma ono grubość pomiędzy 0,5-1cm

Na dowidzenia, dokładam wam zdjęcie mojej kochanej Inki zrobione wczoraj :)