sobota, 27 lipca 2013

Wakacyjne Igraszki Kosmetyczne - a ja tam byłam - chleb, ser i szynkę jadłam!

Pamiętam jak dziś sytuację, kiedy Patrycja rzuciła, ot tak w powietrze, że chciałaby zorganizować spotkanie blogerek. Takie na pełnym wypasie. Było to w dniu, kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy na żywo. Moja oraz Gosi odpowiedź wyglądała następująco:


(Aby nikomu nie uwłaczać, biorę na siebie bycie krasnoludem - choć gdybym mogła, byłabym elfem ♥)

No jak Boga kocham, tak to wyglądało!

...I tak zrodziła się drużyna pierścienia. A raczej Zespół Igraszek Kosmetycznych (w skrócie ZIK?). Praca paliła się w rękach, pomysły rozmnażały się przez pączkowanie. Aż w końcu, po tych 3 miesiącach szykowania, przyszedł czas na samo spotkanie.

Chyba już "wszyscy we wsi wiedzo" (cytując kabaret Ani Mru Mru), że spotkanie odbyło się 20 lipca, rozpoczynając o godzinie 13. Część dziewczyn, nie chcąc się spóźnić, przyszło trochę wcześniej, łapiąc nas na ostatnich przygotowaniach.

Moja mina - wyraża więcej niż tysiąc słów

Aż trudno mi opisać co się działo. Wiem, że na przemian, latałam jak kot z pęcherzem, albo siedziałam i chillowałam. Wiem, że miałam głupawkę i totalny freestyle flow mówienia dziwnych rzeczy. Wiem, że z wieloma osobami nie rozmawiałam i za to bardzo przepraszam. Jeśli następnym razem, ktokolwiek będzie miał marzenie porozmawiać ze mną to polecam po prostu do mnie zagadać - wtedy się mniej wstydzę. Bo ja taki jestem wstydzioszek, kiedy przychodzi do zagadywania obcych ludzi.

Sama zdjęć nie wykonywałam, dlatego korzystam z tych, które robione były aparatem Gosi oraz robionych przez Karola, męża Ani.


Asia oraz Edyta z Organics Beauty opowiadały o tym, jak należy pielęgnować włosy oraz dlaczego produkty marek O'right oraz Natulique wyróżniają się na tle innych kosmetyków.


Aleksandra prezentowała masę kosmetyków marki Eveline. Sweet focia w lustrze musiała być!


Dalej występowała Marta z Pat & Rub. Wspominała o nowościach, można było zmacać i powąchać ich ciekawe kosmetyki.


Dodatkową atrakcją od Organics Beauty było darmowe badanie skóry głowy oraz włosów. Na jego podstawie dobierany był szampon marki O'right. Uczestnicy wypełniali ankietę - najciekawszych odpowiedzi udzieliła Marta i w ten sposób wybrała koloryzację oraz stylizację w warszawskim salonie współpracującym z firmą.


Kasia z Ploteczkarni, przy wsparciu Gosi, opowiadała o swojej inicjatywie. Założyła w Warszawie miejsce spotkań dla kobiet, gdzie regularnie odbywają się warsztaty rękodzielnicze maści wszelakiej. Dodatkowo można organizować tam imprezy, urodziny, imieniny, wieczory panieńskie... Wiele rzeczy! Będę jeszcze pisać o tym miejscu, bo dzień po Igraszkach, wybrałam się na warsztaty z sutaszu.


Ostatecznie przyszedł czas na nasz pokaz. Dziewczyny pokazywały jak wykonać samodzielnie balsam w kostce do ciała oraz balsam do ust. Wszystko to dzięki ECO Spa. 100% natury, 1000% zabawy.


Żeby oddać trochę mój nastrój to macie tutaj kompilację - the best of. Myślę, że dodatkowy kolaż można by zrobić z samych głupich zdjęć mnie. Moją naturalną reakcję na aparat jest głupawka.

Dziewczyny! Chłopaku (Michał to do Ciebie :P)! Uczestnicy! Dziękuję za przybycie! Mam nadzieję, że bawiliście się dobrze na tym naszym skromnym spotkanku (nie ma to jak zdrobnienia). Ot szynka, serek, oliweczki i kameralne grono 34 osób. Ja ostatecznie jestem zadowolona z siebie, a raczej z nas - organizatorek. Chyba się to wszystko przysłowiowej kupy trzymało, bo my już myślimy nad kolejną imprezą. No, ja może trochę sobie przerwę robię, ale tylko krótką - obiecuję!

Dziękuję też wszystkim firmom, które ufundowały upominki na to spotkanie. To miły gest, nawet jeśli upominek jest skromny - ważne, że doceniacie nas, naszą imprezę, nasz czas i ciężką pracę naszych uczestników. Bo blog to przyjemność, ale i masa pracy.


Takie dodatkowe podziękowania należą się firmie ECO Spa. To dzięki nim mogliśmy zorganizować pokaz oraz przygotować naturalne kosmetyki dla dziewczyn - a zeszło na to trochę kilogramów półproduktów, uwierzcie mi! Wspierali nas od początku i mają ode mnie wielkie high five!

Dziękuję dziewczynom - Patrycji i Gosi - za to, że mnie znosiły i chyba dalej chcą znosić. Z pewnością jestem ciężkim (nie tylko wagowo) człowiekiem, ale starałam się robić co w mojej mocy sprawczej. Nawet jeśli mam postępującą sklerozę. Mi z Wami pracowało się bardzo dobrze. Cenię sobie to, że zdobyłam dwie świetne kumpele tutaj w stolicy, gdzie nie mam ich zbyt wielu :)

Dodatkowe podziękowania dla Wojtka, który zakłada teraz markę FALLIN PATTERN - z tego co wiem, będzie to biznes modowo-odzieżowy. Dzięki niemu miałyśmy świetne, sitodrukowe torby z naszym logo. Niech Ci się interes kręci!

Na koniec takie dziwne podziękowania. Dziękuje Arsenic, która mimo egzaminu przybyła do Warszawy, była na spotkaniu i jeszcze została u mnie do poniedziałku wieczór. Pomiędzy nami zrodziła się chemia dwóch hejterek, dwóch wyszukiwaczek bullshitu, dwóch das kokosów. Jest mi aż smutno, że ta piczesa mieszka w Krakowie. Obym niedługo mogła ją odwiedzić - wtedy postawimy sobie kamerę, butelki wina, rzędy kosmetyków i cały świat nas znienawidzi :P

Jeśli chciałybyście zobaczyć upominki albo jeszcze lepiej - wygrać cały mega zestaw - biegnijcie na bloga Igraszkowego! 


Dodatkowo przypominam o mini rozdaniu filtrów Ziaja u mnie ;)

I to by było na tyle drodzy Państwo. Ja zrobiłam miliard zdjęć do postów, więc nie pozostaje mi nic jak tylko pisać i zapewniać Wam szeroko pojętą rozrywkę. Albo być po prostu zapychaczem czasu. I organizować spotkania blogerek. Bo dlaczego by nie? Każdy musi mieć jakieś hobby - albo najlepiej tysiąc.

wtorek, 23 lipca 2013

Blocking & Smażing

Jeśli wiecie lub nie - ja pochodzę z Olsztyna. Ot takie tam miasto na Warmii, nie na Mazurach jak wiele osób zwykle mówi. Od roku mieszkam w Warszawie i jakiś czas temu doznałam szoku kulturowego. U nas, gdy człowiek ma ochotę się opalać, ma do wyboru do koloru kilka jezior. Wsiadasz w zwykły, miejski autobus - pach pach - i jesteś nad wodą. Okazało się, że tutaj w stolicy sprawy mają się inaczej. Bo w Warszawie do opalania są parki, a do kąpania są stawiki i inne parkowe akweny wodne. 

Mój ukochany jest fanem opalania, a raczej smażenia, więc naszym nowym, weekendowym hobby staje się właśnie takie miastowe plażowanie (ale broń boże z kąpaniem w takim syfie!). Ja tam nigdy leżeć plackiem nie umiałam, ale powoli łapię bakcyla. Moją typową letnią przypadłością są "ręce farmera" - od chodzenia w bluzkach i długich spodniach, opalone mam tylko ręcę, twarz i dekolt, a reszta to dupa blada oddzielona piękną, wyraźną linią :P 

Postanowiłam więc podejść do sprawy sposobem! Jaka jest moja taktyka?

Igraszkowe spotkanie blogerek (myślałyście, że nie wspomnę?) wzbogaciło mnie o kremy z filtrem SPF 50 marki Ziaja. 


Mój wybór padł na wersję do skóry suchej/dojrzałej. Krem ma konsystencję gęstszą od różnych balsamów. Kolorek jest biało-cytrynowy, a zapach typowy dla kosmetyków do opalania - wszystkie dla mnie pachną prawie tak samo. Opakowanie to tubeczka 50 ml. 

Muszę Wam przyznać, że to spoko krem, który świetnie się spisuję! Ok, przyznaję, nie jest to super, naturalny specyfik, ale mojej skórze nie przyprawił problemów. Nic się nie pogorszyło, nic mnie nie wysypało, nic nie wysuszyło. Skóra jest po nim fajnie nawilżona i miękka. Oczywiście jestem kapkę błyszcząca, ale to krem do skóry suchej, tego się w zupełności spodziewałam. W ogóle nie przejmujcie się napisem "skóra dojrzała" - w 95% przypadków znaczy to tylko tyle, że jest bardziej "odżywczy" od innych. Odnoszę wrażenie, że krem leciuteńko bieli twarz. Jest to jednak tak delikatny efekt, że nie umiem potwierdzić w żaden sposób mojej teorii.

Idealnie nadaje się do mojej nowej taktyki! Pierwszym krokiem jest Blocking: codziennie używam go na twarz, ręce, dekolt i karczek, aby tam nie łapać dodatkowej opalenizny. Miałam okazję łapać dodatkowe promienie słoneczne w tych miejscach i faktycznie dodatkowego zbrązowienia nie widzę. Właściwie to taki krem "do wszystkiego" - całe ciało gdyby chciała, mogłabym sobie nim wysmarować od góry do dołu.  Z tego co wyczytałam to kosztuje zaledwie 17 zł, a to bardzo przystępna cena. Gdybym go używała tylko do twarzy to już w ogóle taniutko wychodzi. 

Gdy dopełnię punktu nr 1 przechodzę do fazy Smażingu - będąc już na kocyku łapię w dłoń olejek w sprayu wzmacniający opaleniznę AVONu.

Tutaj to już ogóle cudów nie ma w składzie - jest nawet zabawny. Masło Shea, olejek kokosowy i z palmy olejowej znajdujemy w składzie za Propylparabenem. Maksymalne stężenie tego konserwantu to, jeśli się nie mylę 0,4%. To ile mamy tamtych fajnych składników? :P

Nie mniej jednak i tak podbił moje serce. Pięknie pachnie słodko-kokosowo, umila smażenie i trochę przyspiesza łapanie opalenizny. Skóra nie robi się sucha od słoneczka, mamy też dużo oleju ze słonecznika (Bo czemu nie? Też jest dobry dla skóry) to czego więcej chcieć? Spryskuję nim sobie oraz mojemu mężczyźnie nogi, plecy i brzuch. TeŻet - bo przecież taki pseudonim sobie przyjął tutaj - chyba też jest zadowolony. Chciał olejku do smażenia, aby móc opalić się na czekoladkę, więc ja jako jego kobieta mu go zapewniłam.

Tak opracowana taktyka się u mnie sprawdza. Potrzebuję jeszcze kilka "sesji w parku" i będę wyglądała "po równo" na całym ciele. Arsenic, będąc u mnie przez kilka dni, zaproponowała żebym sama sobie coś takiego zrobiła. Pomysł nie głupi... Ale to pewnie dopiero za rok, kiedy będę szykować się na kolejny sezon.

Dzisiaj jednak mam coś również dla Was - ponieważ w zestawie znajdowały się 3 kremy SPF50+ marki Ziaja, każdy do innej cery, ja chętnie przekażę w dobre ręce pozostałe dwa!


Jedna wersja jest matująca do skóry tłustej/mieszanej, a druga tonująca (odcień naturalny) dla cery normalnej/naczynkowej. Każdy nówka funkiel, nie śmigany, zafoliowany! Dzielę się póki jeszcze jest lato, choć kremów z filtrem warto używać cały rok. 

Co zrobić, żeby wziąć udział tym mini rozdaniu?
1. Zaobserwujcie mojego bloga albo dajcie lajka na fejsie.
2. Napiszcie w komentarzu jako kto mnie lubicie/obserwujecie, podajcie jakiś kontaktowy mail
3. Napiszcie jaki krem z tych dwóch byście chciały - można wybrać tylko jeden ;)
4. Jak napiszecie jakieś swoje wrażenia z tego typu kremami będzie mi miło, ale nie ma obowiązku. 

Rozdanie kończymy w następny wtorek (30 lipca), żebyście jeszcze tego lata mogli korzystać!

P.S. Jeśli myślicie, że nie napiszę o spotkaniu, które sama współorganizowałam to się mylicie ;) Ten post czekał już tutaj jakiś czas, a poza tym chcę jak najlepiej ująć tych swoich kilka przemyśleń i odczuć.

poniedziałek, 1 lipca 2013

YOSKINE: Szafirowy Peeling Przeciwzmaszczkowy, czyli jak nie dać się zrobić w bambuko...

...I jeszcze oszczędzić trochę grosza (jak ja uwielbiam oszczędzanie)

Dawno, dawno temu stało się tak, że otrzymałam w prezencie wrześniowy GlossyBox. Utwierdził mnie on tylko w przekonaniu, że to zabawa nie dla mnie. Akurat w tym pudełku znalazł się pewien produkt, który z jakiegoś nieznanego mi powodu postanowiłam przetestować. Tak na zasadzie: "skoro już jest pod moim dachem to niech stracę". Chyba dawno nie podjęłam tak złej decyzji.

Tym produktem był (i właściwie wciąż jest)...

 YOSKINE: MIKRODERMABRAZJA. Szafirowy Peeling Przeciwzmarszczkowy. Cera normalna i mieszana


No dobrze, to co my tu mamy. Peeling Yoskine, który ma nam zastąpić mikrodermabrazję. Generalnie to "luksusowy preparat ze sproszkowanym Szafirem", który dodatkowo "zawiera Duo-Kwas hialuronowy HMW+LMW, który wygładza zmarszczki, ujędrnia skórę i intensywnie nawilża. Sebumatrix redukuje wydzielanie sebum i zwęża pory, a lipidy zbożowe zabezpieczają skórę przed wysuszaniem, ściąganiem i szorstkością" - cytując oficjalną stronę.

Peeling, który usunie nam zmarszczki. W domu. Mhm... No i oczywiście, nawilży skórę, nie wysuszy i nie ściągnie. OK... Ja tam w takie cuda oczywiście nie wierzę, ale co tam - AMAZE ME! Sprawdzamy sobie skład.

SKŁAD: Aqua, Alumina, Polyvinyl Chloride, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Cephalins, Disodium Cocoamphodiacetate, Hyaluronic Acid, Isopropyl Myristate, Dimethicone, Glyveryl Stearate, Ammonium Acryloldimethyltaurate/VP Copolymer, Butylene Glycol, Enantia Chlorantha Extract, Olenolic Acid, Sapphire Powder, Sodium Hyaluronate, Stearyl Alcohol, Ceteareth-25, STEARTEH-20, Disodium EDTA, Ethylparaben, Methylparaben, DMDM Hydantoin, BHA, Benzyl Salicylate, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Parfum, CI 42091

Szaleństwa naturalności nie ma, ale producent tego nam nie zapewnia. Gdzieś tam widnieje szafirowy proszek - zupełnie nie wiem ile takowy jest warty i w jaki sposób wpływa na całość. Skoro końcowy produkt, w pełnej 75 ml wersji, kosztuje 30,53 zł to chyba nie jest to aż tak "ekskluzywny" składnik. Przynajmniej firma nie poszalała z ceną, a ja doceniam ten fakt. Całość jest dosyć zwarta, choć nie gęsta. Kolorek niebieskawo-miętowy, zapaszek kremowo-perfumowo-delikatny. W tej kwestii nic wyjątkowego, fajerwerków nie ma. Nie ma też gromów z jasnego nieba.

Wrażenia z użycia: Tutaj zaczynają się schody. Już sam skład powinien mi powiedzieć, żeby nie używać tego peelingu, ale ja głupia chciałam spróbować. Producent każde nam nałożyć produkt na zwilżoną twarz i masować 1-2 min. Jak piszą, tak ja czynię... Ten peeling to jakiś hardcore! Czułam, że gdybym masowała tak przez 2 minuty, starłabym sobie twarz do samej skóry właściwej! Przy mojej cerze naczynkowej to było istne zabójstwo... Szorowanie, przynajmniej dla mnie, było niemiłosierne. Oczywiście nawilżenia brak, a ściągnięta twarz gwarantowana.

Jak wspominałam, sam skład powinien mi wskazać, że będzie "ostro", a dokładniej jeden magiczny składnik, umieszczony wysoko na liście. Mówię tutaj o magicznym Alumina, czyli Korundzie.


Otóż Korund to minerał, a dokładniej tlenek glinu. Jego szlachetne odmiany to rubin albo szafir (Aha!). To co ja Wam pokazuję to wersja dostępna do kupienia w większości sklepów ze składnikami kosmetycznymi. Cytując za Zrób Sobie Krem: "Korund mikrokrystaliczny (mikronizowany - wielkość kryształków 120 μm). Znajduje zastosowanie w profesjonalnych gabinetach kosmetycznych a także w domowych peelingach".

Jego cena za 200 gramów to zaledwie 8,90 zł - taka ilość wystarczy na ogromną ilość peelingów twarz i ciała. Przyczyna jest prosta: "piaseczek" jest bardzo lekki, a wskazane użycie to 1:6. Nic dziwnego, że "mikrodermabrazja" YOSKINE ścierała mi twarz do kości. Ich produkt miał Korund w składzie na drugim miejscu! Czyli ile? 50%? 30%? W moim odbiorze dużo za dużo.

Korund można mieszać z różnymi dobrymi rzeczami: kwasem hialuronowym, olejami (np. jojoba) czy po prostu z ulubionym żelem do mycia twarzy. Nikt mi nie powie, że masowanie twarzy przez 2 minuty, mieszanką kwasu hialuronowego z dobrym olejem, nie ma zbawiennego wpływu na skórę. To jest peeling, który faktycznie nawilży, natłuści i nie pozostawi uczucia ściągnięcia! Cały proces "przygotowania" zajmuje kilka sekund: nakładamy mini porcję Korundu na dłoń, dolewamy wypełniacz, mieszamy palcem, GOTOWE. Ja, mając czasem lenia w czterech literach, używam go z "różowym" żelem Facelle - tak, tak, tym z Rossmanna do higieny intymnej. Robię to tylko wtedy, gdy nie chce mi się nakładać ukochanego peelingu enzymatycznego. Stosuję w przepisowych proporcjach i jest to jedyny peeling mechaniczny, który nie robi z mojej twarzy jednego, wielkiego rumieńca, zaś masaż nim jest nawet przyjemny.

Podejrzewam, że na sali są fani ostrego tarcia. Zupełnie to rozumiem, sama gdybym mogła pewnie uprawiałabym tę masochistyczną zabawę. Takim osobom oczywiście też polecę Korund. Przecież nikt nie stoi Wam na drodze, aby zwiększyć proporcję i poczuć dreszczyk emocji, które towarzyszą przy solidnym ścieraniu. Oczywiście cenowo też wychodzi bardzo sympatycznie, z czymkolwiek zdecydujecie się go wymieszać.

Znowu z pierdoły zrobiłam gigantyczny wywód. Mam nadzieję, że do kogoś dotrze to o czym się rozpisałam. Warto się rozglądać w poszukiwaniu nowych rozwiązać, nie łykać wszystkiego co stoi na półkach w drogerii i tutaj wstawcie dodatkowy chwytliwy argument za. Ja peelingowi YOSKINE mówię "Pas", a na przyszłość staram się wynieść lekcję z tego doświadczenia. 

piątek, 28 czerwca 2013

"Wlej, wsyp, wstrząśnij", czyli robimy serum z kolorówki.com

KWESTIA JĘZYKOWA: Będę w tym poście używać nieodmienionego w liczbie mnogiej słowa "serum". Opcja "sera", szczególnie w piśmie, jakoś tak... No, nie pasuje mi. W ogóle pewnie będę unikać liczby mnogiej dla świętego spokoju.

Zacznę od ogromnych podziękowań. Dla kogo? Dla Was! Dla tych, którzy czytają co piszę i komentują! Wciąż jestem w ciężkim szoku, jak wiele osób skomentowało poprzedni post. Dziękuje Wam strasznie! To dla mnie duża motywacja, aby wreszcie poświęcać coraz więcej czasu blogowi.

Wcześniej siedziałam ciągle w LUSHu, teraz siedzę ciągle w kolorówce.com... Cóż, jak się na coś zafiksuję to nie ma zmiłuj, będę to wałkować non-stop! Wynotowane mam jeszcze X postów, które muszę napisać, łącznie z tutorialem PayPalowym :P Na szczęście ostatecznie skończyłam studia, więc przynajmniej jeden obowiązek, odciągający mnie od pisania, mogę skreślić z listy.

Pisałam już Wam o tym, jak to prostą metodą robiłam krem z kolorówki. Całość była banalna i jeśli ktoś jeszcze się zastanawia nad tym, czy brać dla siebie taki zestaw to niech bierze bez gadania! KAŻDY sobie z tym poradzi. Poradzi sobie również ze zrobieniem jakiegokolwiek serum, dostępnego w asortymencie sklepu. 

Już prawie miesiąc temu zrobiłam sobie dwa rodzaje serum z gotowych, kolorówkowych zestawów. Nigdy wcześniej nie używałam takowych specyfików - traktowałam je, jak zbędną fanaberię. Ewentualnie, jako produkt skierowany do kobiet 40+. O, jakże się myliłam...! Oczywiście dostępny jest spory asortyment tego rodzaju kosmetyków. Ponownie dla każdego coś miłego, więc warto się rozejrzeć. Ceny bardzo przystępne - najtańszy zestaw kosztuje 20,40 zł, zaś najdroższy 34,50 zł. 

Kosmetyki, które przygotowywałam to dwufazowe serum z witaminą C 10% oraz serum modelujące biust z algami, fitohormonami, nanokoloidami złota i kofeiną. Oba produkty napakowane są dobrymi składnikami, które mają pomagać naszej biednej skórze. Obiecuję, że oba przedstawię dokładniej, gdy będę je recenzować. Dzisiaj chcę Wam pokazać, że zrobienie serum jest jeszcze łatwiejsze, niż zrobienie kremu metodą prostą! Jak boniedydy, true story i serio serio!


Jak zawsze dostajemy pięknie spakowany i podzielony zestaw. Każdy składnik jest grzecznie włożony do swojego opakowanka, każdy podpisany, każdy dokładnie odmierzony. Informacje dotyczące wszystkich półproduktów oraz sposób wykonania znajdujemy na dodatkowej kartce. Jest to coś co baaardzo lubię w zestawach z kolorówki. Zamawiasz i wszystko jest podane na tacy. Nawet naklejka na gotowy produkt.

A jak jest z wykonaniem? Do buteleczki wsypujemy kilka składników - najłatwiej przez ucięty rożek torebki strunowej. Następnie wlewamy kilka płynów, dodajemy jeśli chcemy konserwant (co też poczyniłam), zakręcamy i wstrząsamy. Odstawiamy na godzinkę, żeby proszkowe składniki się porozpuszczały. Znów wstrząsamy, odkręcamy, dolewamy połowę kwasu hialuronowego oraz D-pantenol (trochę zdradzę Wam skład, a co tam). Zakręcamy i potrząsamy kilkakrotnie. Gdy serum spłynie z szyjki buteleczki z aplikatorem lejemy resztę kwasu hialuronowego. AGAIN zakręcamy i wstrząsamy. KONIEC.

Trochę wsypywania, trochę dolewania i trochę wstrząsania. Chwila roboty i bum! Serum gotowe! Gdybym robiła filmiki (o czym kiedyś myślałam, ale nie chcę być posądzona o plagiatowanie Arsenic) to wyglądałoby to efektowniej niż na tych kilku zdjęciach. Trudno jest samej sobie zrobić zdjęcie wsypywania proszku do butelki ;) Ale jest to właśnie tak proste i szybkie.


W przypadku serum z wit. C proces produkcji był "trudniejszy" - o tyle trudniejszy, o ile trudniejsze jest zrobienie herbaty z cukrem od tej bez cukru. Znów wlewanie, mieszanie, dosypywanie, wstrząsanie. Z tą różnicą, że potem trzeba było przelać z buteleczki roboczej do końcowego opakowania.

Żeby nie było tak słodko-pierdząco to przyznam, że był jeden wypadek. Buteleczka do której miałam wlewać składniki była za mała. Widać to na dolnym, środkowym obrazku, gdzie ewidentnie mi się "ulało". Szybko skontaktowałam się ze sklepem, żeby spytać o co chodzi i okazało się, że cóż... Ludzki błąd przy pakowaniu - dodano wodę w za małej buteleczce, zwykle pakowana jest w większą. Przepraszano mnie wiele razy, ja tam jednak urazy nie miałam. Gdyby wszystkie firmy miały takie podejście do klienta to świat byłby piękniejszy! Uwierzcie mi na słowo. Jeśli kiedykolwiek będziecie chciały coś kupować w kolorówce to gwarantuje Wam, że obsługa będzie przednia, bardzo pomocna i "frontem do klienta".  Pewnie gdybym chciała to dostałabym nowy zestaw, ale po co?

Produkt końcowy jest w najlepszym porządku. Podejrzewałam, że ulało się trochę konserwantu, więc dolałam dodatkowe dwie kropelki swojego własnego (kolorówka.com używa FEOGu, który sama posiadam).

I tak to, pokrótce, opisałam Wam moje serumowe przygody. Jak się sprawdzają? Teraz, kiedy używam już obu produktów od miesiąca, mogę wreszcie napisać ich recenzję. To już jednak historia na kolejny wpis... Ale zdradzę Wam, że doznałam ciężkiego szoku! 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Cienie Lily Lolo, a raczej Trolololo

Dziś będziemy dużo analizować i liczyć, aby pokazać jak cudownie działa marketing.

Odkąd zainteresowałam się kosmetykami mineralnymi, wiedziałam o istnieniu marki Lily Lolo. Dla osób niezorientowanych wytłumaczę - firma produkuje tego właśnie rodzaju kosmetyki: podkłady, cienie, korektory, bronzery itp. itd. 

Szybko odkryłam, że ich produkty są drogie. 10 gramowy podkład kosztuje tam aż 70 zł, a mówiąc krótko, składem nie powala. Nie to, że jest zły, ale nie ma w sobie nic poza bardzo podstawowym składem. U Arsenic oczywiście przeczytałam dokładne porównanie samorobionego podkładu z kolorówki.com  z tym marki Lily Lolo (łącznie ze sfilmowanym całym procesem produkcji własnego kosmetyku). Tam za 30 zł mamy 12 gramów na pełnym wypasie. Serio!

Dla nieprzekonanych, wykonam nawet analizę wraz ze skomplikowanymi wyliczeniami:

Skład każdego podkładu Lily Lolo to Mica (CI77019) i Tlenek Cynku (CI77497). Dodatkowo zawierają coś dla koloru i krycia czyli Dwutlenek Tytanu (CI77891) i Tlenki Żelaza (tutaj dużo różnych odcieni, generalnie bazujących na beżo-brązach ale wszystkie mają ten sam "skład" CI77491, CI77492, CI77499).

Te "CI" z numerkami w nawiasach to pozycja składnika w Międzynarodowym Indeksie Barw, który klasyfikuje również wszelakie pigmenty mineralne. Możecie sobie sprawdzić na stronie kolorówki oraz angielskiej stronie Lily Lolo, że są to dokładnie te same półprodukty.

Koszt składników na 10 gramów wyniósłby:
9,18 za 7,5 grama Miki
+ 3,13 za 2,5 grama Tlenku Cynku
+ 5,65 za 5 ml Dwutlenku Tytanu - trochę by zostało
+ 2,49 za 2,5 ml dowolnego Tlenku Żelaza
+ 3,61 za opakowanie 40 ml z sitkiem (nie tak fikuśne jak Lily Lolo, ale jakieś trzeba dla zasady dodać)
____________________________________
SUMA: 24,06

Mamy tutaj prawie 1/3 ceny z Lily Lolo. A jest to cena dla osób prywatnych, nie dla firmy kupujących wszystko hurtowo, pewnie za połowę tego co ja wyliczyłam. Za 29,90 mamy zestaw do zrobieniu podkładu w kolorówce.com, ze składem przebijającym LL o głowę.

Ja tam widzę tutaj lekkie przegięcie tego i owego. Oczywiście, ja rozumiem - to przecież "tylko" 70 zł, a on taki wydajny jest i w ogóle. Jasne, rozumiem. Jak ktoś chce wydać pieniądze to przecież nie złapię go za rękę, ale popukam się w głowę, bo już taka moja natura. W momencie gdy widzę, że coś można mieć taniej, a jest dokładnie takim samym produktem, to wybieram opcję ekonomiczną. Przecież "skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać?".

Jest jednak coś co mnie rozsierdziło już do granic możliwości. Miałam ostatnio okazję "zmacać" kilka cieni Lily Lolo. Moją uwagę przykuł Witchypoo w kolorze matowej czerni. Gdy nasypałam sobie odrobinę na rękę coś mi nie pasowało. Przecież ja to skądś znam... Szybko zerknęłam na skład, przejrzałam internet i z jednej strony chciałam się śmiać, a z drugiej kogoś zastrzelić.




Cień ten składa się tylko i wyłącznie z tlenku żelaza nr CI77499, czyli Czerni Żelazowej...
Cień kosztuje 30 zł. Wagowo to 4 gramy.

Koszt 5 ml na kolorówce.com (przybliżonej objętości) to 5,33 zł.

Wiem, że możecie powiedzieć, że jestem strasznie "pro-kolorówkowa". Kłócić się i zaprzeczać nie będę, bo tak właśnie jest. Ale chyba nikt mi nie powie, że sprzedawanie takiego pigmetu, w takiej cenie to nie jest zdzierstwo. Nie ma tu żadnych dodatkowych składników, żadnej specjalnej magii. Ot sam czysty pigment w fancy opakowaniu.








Przeglądałam trochę więcej i znalazłam kolejny odpowiednik o identycznym składzie. Cień Khaki Sparkle, który okazuje się być identyczny jak Antique Gold. Piękny kolor za jedyne 5,99 zł na kolorówce.com, zamiast 30 z LL.

Świetnie się nakłada, ma piękną podstawę z koloru brązowo-khaki i złoty połysk. Jak zwykle trudno jest oddać wielowymiarowość tego koloru na zdjęciu. Zakochałam się jak tylko go zobaczyłam.












Dodatkowo zauważyłam, że błyszczące się cienie z LL mają w składzie Micę CI77019 oraz Dwutlenek Tytanu. One zapewne mają dać odpowiedni shimmer cieniom.

Oczywiście takich błyskotek w kolorówce jest masa, moja nowa miłość to Sparkle. Dokładnie taki sam skład, będzie świetnie wyglądał jako błyszczący dodatek w cieniach. Jedyne 5,89 zł. Pigment jest transparentny, co bardzo dobrze udało mi się oddać na zdjęciu. Piękny połysk, mocnego rozjaśniania potencjalnego cienia do powiek.






Dlatego pora na moją małą odezwę do narodu. Ludzie złoci moi - jeśli szukacie cieni mineralnych nie lećcie ślepo do Lily Lolo! Ich "cienie" nie mają w sobie nic więcej niż same tlenki żelaza i miki!

Jest takie miejsce, nazywa się kolorówka.com, gdzie dostaniecie ich całą masę - w ogromnej palecie kolorystycznej za 1/6 ceny z LL! Są świetne, pięknie sprawdzają się w makijażu. Zapewniam, że jak zdecydujecie się na zakup to będziecie mieć przy wybieraniu kolorów zabawę na całe godziny. Jeśli będziecie czuć taką potrzebę to dostaniecie tam też małe słoiczki z sitkiem. Oczywiście znajdziecie tam całą masę innych ciekawych rzeczy, więc warto rozejrzeć się dłużej, bo z pewnością coś jeszcze przykuje Waszą uwagę.

niedziela, 2 czerwca 2013

Prostą metodą robimy krem do twarzy z kolorówką.com!


Koło samorobionych kremów do twarzy kręciłam się już od jakiegoś czasu. Najpierw zrobiłam jeden używając gotowej bazy kremowej z e-naturalne.pl. Potem kupiłam zestaw do wykonania kremów ze Zrób Sobie Krem. I choć wszystkie te kremy nie były złe to dużo brakowało im do uzyskania tytułu najlepszego kremu ever - albo przynajmniej brązowego medalu w tych zawodach. Tym razem postanowiłam, że w olimpiadzie pielęgnacji mojej twarzy, wystartuje coś ze sklepu kolorówka.com. Wiedziałam, że szukam kremu na moje cudowne naczynka, a że nie było zestawu wykorzystującą metodę klasyczną, wybór padł na zestaw do wykonania kremu formułą prostą.

Dziś opiszę Wam jak przebiegł cały proces. Na recenzję kremu przyjdzie jeszcze pora, bo dopiero zaczęłam z nim swoją przygodę.


W zestawie znajdziemy wszystko co jest nam niezbędne do wykonania kremu: odmierzone składniki, wodę, ekologiczny konserwant FEOG, kubeczek, mieszadełko, opakowanie wraz z naklejką, no i oczywiście instrukcję. Wszystko dokładnie popakowane i opisane - nic tylko siadać i robić!

Składniki tego kremu to cudowny koktajl wzmacniający nasze naczynka! Macerat z zielonej herbaty, olej z orzechów laskowych, macerat z arniki, ekstrakt na rozszerzone i pękające naczynia krwionośne, wyciąg z kocanki, d-pantenol - znajdźcie mi krem w sklepie, który będzie miał tyle dobrych składników, do tego w takich ilościach! To nie są jakieś części setne, które gdzieś tam zostały wepchnięte, żeby producent mógł napisać, jakiż ma wspaniały krem. Tutaj jest samo dobro, które tylko czeka, by znaleźć się na naszej twarzy! W instrukcji i w sklepie kolorówki możecie znaleźć szczegółową charakterystykę każdego ze składników.

Jedyną rzeczą do której co poniektórzy mogliby się przyczepić to zagęstnik. Przepuściłam go przez stronę CosDNA do analiz składów kosmetycznych (swoją drogą, bardzo przydatny wynalazek, jeśli tak jak ja jeszcze raczkujecie w tym temacie) i wynik był zadowalający. Jeśli weźmiemy pod uwagę ile dobrego znajduje się w produkcie końcowym to jego zupełnie mi to nie przeszkadza.

Cała w emocjach postanowiłam zabrać się za robotę!




Najpierw przelewamy olej z orzechów laskowych oraz macerat z zielonej herbaty do kubeczka. Każdy z nich ma inną gęstość, stąd dwie kolorystyczne warstwy. Dodajemy zagęstnik, poświęcając mu sporą chwilę na ścieknięcie z probówki. Chcemy żeby wszystko dokładnie nam spłynęło, niemalże do ostatniej kropli. Mieszamy, aż całość stanie się jednolicie mętna.








Następnie możemy doświadczyć bardzo śmiesznej chemicznej magii. Wodę przelewamy do opakowania, dodajemy mieszankę olejów z zagęstnikiem i... Puf! Mieszanka robi się biała i "ścięta". Nie przejmujemy się tym, mieszamy dalej, by na naszych oczach powstał gęsty krem. Nie chybił magia, mówię Wam!

Reszta pracy to już tylko kwestia dodawania pojedynczo kolejnych składników i mieszania. Musicie jednak być gotowe, że każdy kolejny składnik na początku będzie rozwarstwiał mieszankę, ale po rozmieszaniu całość będzie stanowiła piękny, gładki i gęsty krem. Wszystkie te reakcje były opisane w instrukcji, więc podczas całego procesu byłam zupełnie spokojna. Krok po kroczku wypełniałam tylko polecenia.






Po skończeniu całej procedury odstawiamy mazidło na kilkanaście godzin w ciemne i chłodne miejsce. Gotowy krem ma lekko kremowy kolor (masło maślane?). Zapach jest delikatnie ziołowo-polny - moje kolejne genialne określenie aromatu ;) Nie drażni, nie utrzymuje się na skórze, nie przeszkadza. Trudno, żeby był inny - w składzie nie ma hydrolatów, ani olejków eterycznych, aby uniknąć ewentualnego uczulenia. W końcu krem ma być dobry każdego. Opakowanie ma dodatkową przykrywkę i uroczą, różową zakrętkę. Dodatkowo dostajemy naklejkę, gdzie możemy opisać gotowy produkt wraz z miejscem na wpisanie daty ważności. Z dodatkiem konserwantu to aż pół roku - bez niego mamy tylko 2 tygodnie i musimy trzymać krem w lodówce.

Cena takiego zestawu to 35,40 zł. Kremu jest 60 gramów i po kilku użyciach mogę stwierdzić, że jest bardzo wydajny! W ofercie sklepu znajdziemy bardzo szeroką ofertę tego typu kompletów - dla każdego coś miłego, na każdy problem znajdzie się odpowiednie rozwiązanie.

Za jakiś czas znajdziecie u mnie też recenzję jak krem się spisywał. Na razie mogę powiedzieć, że wykonanie jest banalnie proste, a konsystencja trzyma poziom tradycyjnych sklepowych kremów. Bardzo ciekawi mnie jak sprawdzi się na długim dystancje, jednak jeszcze cała droga przed nami.