piątek, 28 czerwca 2013

"Wlej, wsyp, wstrząśnij", czyli robimy serum z kolorówki.com

KWESTIA JĘZYKOWA: Będę w tym poście używać nieodmienionego w liczbie mnogiej słowa "serum". Opcja "sera", szczególnie w piśmie, jakoś tak... No, nie pasuje mi. W ogóle pewnie będę unikać liczby mnogiej dla świętego spokoju.

Zacznę od ogromnych podziękowań. Dla kogo? Dla Was! Dla tych, którzy czytają co piszę i komentują! Wciąż jestem w ciężkim szoku, jak wiele osób skomentowało poprzedni post. Dziękuje Wam strasznie! To dla mnie duża motywacja, aby wreszcie poświęcać coraz więcej czasu blogowi.

Wcześniej siedziałam ciągle w LUSHu, teraz siedzę ciągle w kolorówce.com... Cóż, jak się na coś zafiksuję to nie ma zmiłuj, będę to wałkować non-stop! Wynotowane mam jeszcze X postów, które muszę napisać, łącznie z tutorialem PayPalowym :P Na szczęście ostatecznie skończyłam studia, więc przynajmniej jeden obowiązek, odciągający mnie od pisania, mogę skreślić z listy.

Pisałam już Wam o tym, jak to prostą metodą robiłam krem z kolorówki. Całość była banalna i jeśli ktoś jeszcze się zastanawia nad tym, czy brać dla siebie taki zestaw to niech bierze bez gadania! KAŻDY sobie z tym poradzi. Poradzi sobie również ze zrobieniem jakiegokolwiek serum, dostępnego w asortymencie sklepu. 

Już prawie miesiąc temu zrobiłam sobie dwa rodzaje serum z gotowych, kolorówkowych zestawów. Nigdy wcześniej nie używałam takowych specyfików - traktowałam je, jak zbędną fanaberię. Ewentualnie, jako produkt skierowany do kobiet 40+. O, jakże się myliłam...! Oczywiście dostępny jest spory asortyment tego rodzaju kosmetyków. Ponownie dla każdego coś miłego, więc warto się rozejrzeć. Ceny bardzo przystępne - najtańszy zestaw kosztuje 20,40 zł, zaś najdroższy 34,50 zł. 

Kosmetyki, które przygotowywałam to dwufazowe serum z witaminą C 10% oraz serum modelujące biust z algami, fitohormonami, nanokoloidami złota i kofeiną. Oba produkty napakowane są dobrymi składnikami, które mają pomagać naszej biednej skórze. Obiecuję, że oba przedstawię dokładniej, gdy będę je recenzować. Dzisiaj chcę Wam pokazać, że zrobienie serum jest jeszcze łatwiejsze, niż zrobienie kremu metodą prostą! Jak boniedydy, true story i serio serio!


Jak zawsze dostajemy pięknie spakowany i podzielony zestaw. Każdy składnik jest grzecznie włożony do swojego opakowanka, każdy podpisany, każdy dokładnie odmierzony. Informacje dotyczące wszystkich półproduktów oraz sposób wykonania znajdujemy na dodatkowej kartce. Jest to coś co baaardzo lubię w zestawach z kolorówki. Zamawiasz i wszystko jest podane na tacy. Nawet naklejka na gotowy produkt.

A jak jest z wykonaniem? Do buteleczki wsypujemy kilka składników - najłatwiej przez ucięty rożek torebki strunowej. Następnie wlewamy kilka płynów, dodajemy jeśli chcemy konserwant (co też poczyniłam), zakręcamy i wstrząsamy. Odstawiamy na godzinkę, żeby proszkowe składniki się porozpuszczały. Znów wstrząsamy, odkręcamy, dolewamy połowę kwasu hialuronowego oraz D-pantenol (trochę zdradzę Wam skład, a co tam). Zakręcamy i potrząsamy kilkakrotnie. Gdy serum spłynie z szyjki buteleczki z aplikatorem lejemy resztę kwasu hialuronowego. AGAIN zakręcamy i wstrząsamy. KONIEC.

Trochę wsypywania, trochę dolewania i trochę wstrząsania. Chwila roboty i bum! Serum gotowe! Gdybym robiła filmiki (o czym kiedyś myślałam, ale nie chcę być posądzona o plagiatowanie Arsenic) to wyglądałoby to efektowniej niż na tych kilku zdjęciach. Trudno jest samej sobie zrobić zdjęcie wsypywania proszku do butelki ;) Ale jest to właśnie tak proste i szybkie.


W przypadku serum z wit. C proces produkcji był "trudniejszy" - o tyle trudniejszy, o ile trudniejsze jest zrobienie herbaty z cukrem od tej bez cukru. Znów wlewanie, mieszanie, dosypywanie, wstrząsanie. Z tą różnicą, że potem trzeba było przelać z buteleczki roboczej do końcowego opakowania.

Żeby nie było tak słodko-pierdząco to przyznam, że był jeden wypadek. Buteleczka do której miałam wlewać składniki była za mała. Widać to na dolnym, środkowym obrazku, gdzie ewidentnie mi się "ulało". Szybko skontaktowałam się ze sklepem, żeby spytać o co chodzi i okazało się, że cóż... Ludzki błąd przy pakowaniu - dodano wodę w za małej buteleczce, zwykle pakowana jest w większą. Przepraszano mnie wiele razy, ja tam jednak urazy nie miałam. Gdyby wszystkie firmy miały takie podejście do klienta to świat byłby piękniejszy! Uwierzcie mi na słowo. Jeśli kiedykolwiek będziecie chciały coś kupować w kolorówce to gwarantuje Wam, że obsługa będzie przednia, bardzo pomocna i "frontem do klienta".  Pewnie gdybym chciała to dostałabym nowy zestaw, ale po co?

Produkt końcowy jest w najlepszym porządku. Podejrzewałam, że ulało się trochę konserwantu, więc dolałam dodatkowe dwie kropelki swojego własnego (kolorówka.com używa FEOGu, który sama posiadam).

I tak to, pokrótce, opisałam Wam moje serumowe przygody. Jak się sprawdzają? Teraz, kiedy używam już obu produktów od miesiąca, mogę wreszcie napisać ich recenzję. To już jednak historia na kolejny wpis... Ale zdradzę Wam, że doznałam ciężkiego szoku! 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Cienie Lily Lolo, a raczej Trolololo

Dziś będziemy dużo analizować i liczyć, aby pokazać jak cudownie działa marketing.

Odkąd zainteresowałam się kosmetykami mineralnymi, wiedziałam o istnieniu marki Lily Lolo. Dla osób niezorientowanych wytłumaczę - firma produkuje tego właśnie rodzaju kosmetyki: podkłady, cienie, korektory, bronzery itp. itd. 

Szybko odkryłam, że ich produkty są drogie. 10 gramowy podkład kosztuje tam aż 70 zł, a mówiąc krótko, składem nie powala. Nie to, że jest zły, ale nie ma w sobie nic poza bardzo podstawowym składem. U Arsenic oczywiście przeczytałam dokładne porównanie samorobionego podkładu z kolorówki.com  z tym marki Lily Lolo (łącznie ze sfilmowanym całym procesem produkcji własnego kosmetyku). Tam za 30 zł mamy 12 gramów na pełnym wypasie. Serio!

Dla nieprzekonanych, wykonam nawet analizę wraz ze skomplikowanymi wyliczeniami:

Skład każdego podkładu Lily Lolo to Mica (CI77019) i Tlenek Cynku (CI77497). Dodatkowo zawierają coś dla koloru i krycia czyli Dwutlenek Tytanu (CI77891) i Tlenki Żelaza (tutaj dużo różnych odcieni, generalnie bazujących na beżo-brązach ale wszystkie mają ten sam "skład" CI77491, CI77492, CI77499).

Te "CI" z numerkami w nawiasach to pozycja składnika w Międzynarodowym Indeksie Barw, który klasyfikuje również wszelakie pigmenty mineralne. Możecie sobie sprawdzić na stronie kolorówki oraz angielskiej stronie Lily Lolo, że są to dokładnie te same półprodukty.

Koszt składników na 10 gramów wyniósłby:
9,18 za 7,5 grama Miki
+ 3,13 za 2,5 grama Tlenku Cynku
+ 5,65 za 5 ml Dwutlenku Tytanu - trochę by zostało
+ 2,49 za 2,5 ml dowolnego Tlenku Żelaza
+ 3,61 za opakowanie 40 ml z sitkiem (nie tak fikuśne jak Lily Lolo, ale jakieś trzeba dla zasady dodać)
____________________________________
SUMA: 24,06

Mamy tutaj prawie 1/3 ceny z Lily Lolo. A jest to cena dla osób prywatnych, nie dla firmy kupujących wszystko hurtowo, pewnie za połowę tego co ja wyliczyłam. Za 29,90 mamy zestaw do zrobieniu podkładu w kolorówce.com, ze składem przebijającym LL o głowę.

Ja tam widzę tutaj lekkie przegięcie tego i owego. Oczywiście, ja rozumiem - to przecież "tylko" 70 zł, a on taki wydajny jest i w ogóle. Jasne, rozumiem. Jak ktoś chce wydać pieniądze to przecież nie złapię go za rękę, ale popukam się w głowę, bo już taka moja natura. W momencie gdy widzę, że coś można mieć taniej, a jest dokładnie takim samym produktem, to wybieram opcję ekonomiczną. Przecież "skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać?".

Jest jednak coś co mnie rozsierdziło już do granic możliwości. Miałam ostatnio okazję "zmacać" kilka cieni Lily Lolo. Moją uwagę przykuł Witchypoo w kolorze matowej czerni. Gdy nasypałam sobie odrobinę na rękę coś mi nie pasowało. Przecież ja to skądś znam... Szybko zerknęłam na skład, przejrzałam internet i z jednej strony chciałam się śmiać, a z drugiej kogoś zastrzelić.




Cień ten składa się tylko i wyłącznie z tlenku żelaza nr CI77499, czyli Czerni Żelazowej...
Cień kosztuje 30 zł. Wagowo to 4 gramy.

Koszt 5 ml na kolorówce.com (przybliżonej objętości) to 5,33 zł.

Wiem, że możecie powiedzieć, że jestem strasznie "pro-kolorówkowa". Kłócić się i zaprzeczać nie będę, bo tak właśnie jest. Ale chyba nikt mi nie powie, że sprzedawanie takiego pigmetu, w takiej cenie to nie jest zdzierstwo. Nie ma tu żadnych dodatkowych składników, żadnej specjalnej magii. Ot sam czysty pigment w fancy opakowaniu.








Przeglądałam trochę więcej i znalazłam kolejny odpowiednik o identycznym składzie. Cień Khaki Sparkle, który okazuje się być identyczny jak Antique Gold. Piękny kolor za jedyne 5,99 zł na kolorówce.com, zamiast 30 z LL.

Świetnie się nakłada, ma piękną podstawę z koloru brązowo-khaki i złoty połysk. Jak zwykle trudno jest oddać wielowymiarowość tego koloru na zdjęciu. Zakochałam się jak tylko go zobaczyłam.












Dodatkowo zauważyłam, że błyszczące się cienie z LL mają w składzie Micę CI77019 oraz Dwutlenek Tytanu. One zapewne mają dać odpowiedni shimmer cieniom.

Oczywiście takich błyskotek w kolorówce jest masa, moja nowa miłość to Sparkle. Dokładnie taki sam skład, będzie świetnie wyglądał jako błyszczący dodatek w cieniach. Jedyne 5,89 zł. Pigment jest transparentny, co bardzo dobrze udało mi się oddać na zdjęciu. Piękny połysk, mocnego rozjaśniania potencjalnego cienia do powiek.






Dlatego pora na moją małą odezwę do narodu. Ludzie złoci moi - jeśli szukacie cieni mineralnych nie lećcie ślepo do Lily Lolo! Ich "cienie" nie mają w sobie nic więcej niż same tlenki żelaza i miki!

Jest takie miejsce, nazywa się kolorówka.com, gdzie dostaniecie ich całą masę - w ogromnej palecie kolorystycznej za 1/6 ceny z LL! Są świetne, pięknie sprawdzają się w makijażu. Zapewniam, że jak zdecydujecie się na zakup to będziecie mieć przy wybieraniu kolorów zabawę na całe godziny. Jeśli będziecie czuć taką potrzebę to dostaniecie tam też małe słoiczki z sitkiem. Oczywiście znajdziecie tam całą masę innych ciekawych rzeczy, więc warto rozejrzeć się dłużej, bo z pewnością coś jeszcze przykuje Waszą uwagę.

niedziela, 2 czerwca 2013

Prostą metodą robimy krem do twarzy z kolorówką.com!


Koło samorobionych kremów do twarzy kręciłam się już od jakiegoś czasu. Najpierw zrobiłam jeden używając gotowej bazy kremowej z e-naturalne.pl. Potem kupiłam zestaw do wykonania kremów ze Zrób Sobie Krem. I choć wszystkie te kremy nie były złe to dużo brakowało im do uzyskania tytułu najlepszego kremu ever - albo przynajmniej brązowego medalu w tych zawodach. Tym razem postanowiłam, że w olimpiadzie pielęgnacji mojej twarzy, wystartuje coś ze sklepu kolorówka.com. Wiedziałam, że szukam kremu na moje cudowne naczynka, a że nie było zestawu wykorzystującą metodę klasyczną, wybór padł na zestaw do wykonania kremu formułą prostą.

Dziś opiszę Wam jak przebiegł cały proces. Na recenzję kremu przyjdzie jeszcze pora, bo dopiero zaczęłam z nim swoją przygodę.


W zestawie znajdziemy wszystko co jest nam niezbędne do wykonania kremu: odmierzone składniki, wodę, ekologiczny konserwant FEOG, kubeczek, mieszadełko, opakowanie wraz z naklejką, no i oczywiście instrukcję. Wszystko dokładnie popakowane i opisane - nic tylko siadać i robić!

Składniki tego kremu to cudowny koktajl wzmacniający nasze naczynka! Macerat z zielonej herbaty, olej z orzechów laskowych, macerat z arniki, ekstrakt na rozszerzone i pękające naczynia krwionośne, wyciąg z kocanki, d-pantenol - znajdźcie mi krem w sklepie, który będzie miał tyle dobrych składników, do tego w takich ilościach! To nie są jakieś części setne, które gdzieś tam zostały wepchnięte, żeby producent mógł napisać, jakiż ma wspaniały krem. Tutaj jest samo dobro, które tylko czeka, by znaleźć się na naszej twarzy! W instrukcji i w sklepie kolorówki możecie znaleźć szczegółową charakterystykę każdego ze składników.

Jedyną rzeczą do której co poniektórzy mogliby się przyczepić to zagęstnik. Przepuściłam go przez stronę CosDNA do analiz składów kosmetycznych (swoją drogą, bardzo przydatny wynalazek, jeśli tak jak ja jeszcze raczkujecie w tym temacie) i wynik był zadowalający. Jeśli weźmiemy pod uwagę ile dobrego znajduje się w produkcie końcowym to jego zupełnie mi to nie przeszkadza.

Cała w emocjach postanowiłam zabrać się za robotę!




Najpierw przelewamy olej z orzechów laskowych oraz macerat z zielonej herbaty do kubeczka. Każdy z nich ma inną gęstość, stąd dwie kolorystyczne warstwy. Dodajemy zagęstnik, poświęcając mu sporą chwilę na ścieknięcie z probówki. Chcemy żeby wszystko dokładnie nam spłynęło, niemalże do ostatniej kropli. Mieszamy, aż całość stanie się jednolicie mętna.








Następnie możemy doświadczyć bardzo śmiesznej chemicznej magii. Wodę przelewamy do opakowania, dodajemy mieszankę olejów z zagęstnikiem i... Puf! Mieszanka robi się biała i "ścięta". Nie przejmujemy się tym, mieszamy dalej, by na naszych oczach powstał gęsty krem. Nie chybił magia, mówię Wam!

Reszta pracy to już tylko kwestia dodawania pojedynczo kolejnych składników i mieszania. Musicie jednak być gotowe, że każdy kolejny składnik na początku będzie rozwarstwiał mieszankę, ale po rozmieszaniu całość będzie stanowiła piękny, gładki i gęsty krem. Wszystkie te reakcje były opisane w instrukcji, więc podczas całego procesu byłam zupełnie spokojna. Krok po kroczku wypełniałam tylko polecenia.






Po skończeniu całej procedury odstawiamy mazidło na kilkanaście godzin w ciemne i chłodne miejsce. Gotowy krem ma lekko kremowy kolor (masło maślane?). Zapach jest delikatnie ziołowo-polny - moje kolejne genialne określenie aromatu ;) Nie drażni, nie utrzymuje się na skórze, nie przeszkadza. Trudno, żeby był inny - w składzie nie ma hydrolatów, ani olejków eterycznych, aby uniknąć ewentualnego uczulenia. W końcu krem ma być dobry każdego. Opakowanie ma dodatkową przykrywkę i uroczą, różową zakrętkę. Dodatkowo dostajemy naklejkę, gdzie możemy opisać gotowy produkt wraz z miejscem na wpisanie daty ważności. Z dodatkiem konserwantu to aż pół roku - bez niego mamy tylko 2 tygodnie i musimy trzymać krem w lodówce.

Cena takiego zestawu to 35,40 zł. Kremu jest 60 gramów i po kilku użyciach mogę stwierdzić, że jest bardzo wydajny! W ofercie sklepu znajdziemy bardzo szeroką ofertę tego typu kompletów - dla każdego coś miłego, na każdy problem znajdzie się odpowiednie rozwiązanie.

Za jakiś czas znajdziecie u mnie też recenzję jak krem się spisywał. Na razie mogę powiedzieć, że wykonanie jest banalnie proste, a konsystencja trzyma poziom tradycyjnych sklepowych kremów. Bardzo ciekawi mnie jak sprawdzi się na długim dystancje, jednak jeszcze cała droga przed nami.

piątek, 31 maja 2013

Z teki TeŻeta: CACA Brun okiem mężczyzny

Disclaimer: Wartościowa recenzja produktu znajduje się tutaj, poniżej to takie tam męskie bajdurzenie.

Cześć, nazywam się Andrzej i jestem profesjonalnym nakładaczem farb do włosów*. Nie żadnym fryzjerem, czy stylistą fryzur. To by było zbyt mainstreamowe, ja specjalizuje się wyłącznie w nakładaniu farb. Co prawda nie jest to moja główna praca, bo przeliczając czas spędzony na farbowaniu wyszłaby może 1/2000 etatu (co w przeliczeniu na dni oznacza ok. 1 minutę spędzoną na farbowaniu dziennie - dzień w dzień!). Profesjonalny nakładacz farb do włosów nie jest nim ze względu na swoją profesję, lecz fakt, że robi to  pieczołowicie, starannie i z sercem - jednym słowem profesjonalnie.

Jako nakładacz obsługuję tylko jedną klientkę i myślę, że to najlepsze rozwiązanie. Nakładanie farby na włosy to trochę, jak intymny taniec. To więcej niż flirt. To silna więź, w tym fizyczna, gdy palce muskają miękkie włosy odgarniając kolejne kosmyki. Gdy opuszki mimowolnie zaczepiają o krawędź płatka ucha wywołując tym gestem łaskoczące dreszcze. Gdy ciepły oddech oplata odsłonięty wrażliwy kark… Nakładanie farb jest niczym preludium do czegoś więcej, a w takich kwestiach jedna 'klientka' to zdecydowanie optymalna konfiguracja. Po co jednak Wam o tym pisze? By uzmysłowić, że nakładanie farby do włosów to pretty serious shit. A w naszym przypadku nawet serious kaka.

Pierwszy raz zwróciłem uwagę na techniczny aspekt farbowania włosów, jeszcze gdy byłem małym chłopcem. Zrozumiałem wtedy, że zapach wydobywający się z łazienki to nie są nowe perfumy mojej Mamy. Rodzicielka moja niestety miała ciężkie życie, gdyż zwykle musiała farbować włosy sama sobie. Wszak zmaskulinizowany świat, do którego należy mój Ojciec, gardzi tego rodzaju czynnościami. Wtedy też z młodzieńczym buntem i złością postanowiłem, że nie chce być jak on - że niezależnie, co będzie robić moja kobieta, ja będę obok by jej pomoc, choćby to miało być pieprzone nakładanie farby na cholerne odrosty. Kiedy więc pojawiła się okazja (i odpowiednia kobieta) z miejsca zaoferowałem swoja pomoc. A trzeba przyznać, że nie jest to łatwe zadanie dla mężczyzny i nie ze względu na sama czynność, bo ta jest banalna, ale ze względu na psychikę kobiety. Jak to? Już Wam opowiadam.

Farbowanie włosów kobiecie jest trochę, jak te stereotypowe prowadzenie samochodu z żoną na siedzeniu pasażera. Mimo, iż wiesz co robisz, żona i tak będzie cię non-stop pouczać, sugerować inne drogi, krzyczeć byś zwolnił itp. itd. Każdy, kto miał okazje choćby wyjechać z rodzicami na dłuższy wypad za miasto, wie jak upierdliwe potrafią być takie 'rady i wskazówki'. Z farbowaniem jest dokładnie tak samo. Albo i gorzej.

Po pierwsze wkraczasz na teren kobiecie bardzo dobrze znany, a do tego potwornie ważny. Tu kończy się zabawa, a każda próba rozluźnienia atmosfery dziecięcym wygłupem może doprowadzić do fruwających naczyń i agresji (porównywalnej do tej gdy jakiś chuj znowu wrzucił twoje swatche na allegro!). Dlatego na wstępie zaznaczyłem, że jestem profesjonalnym nakładaczem, bo albo nakładasz profesjonalnie, albo nici z seksu przez tydzień. Tak więc wracając do tematu, problemem w nakładaniu farby jest to, że kobieta wie lepiej i chuj że w ogóle nie widzi swojej głowy, chuj że nie czuje gdzie jest farba, a gdzie nie - ona wie lepiej co masz robić. I szczerze mówiąc trudno się temu dziwić, w końcu włosy, że tak powiem... widać.

Obszerna bluzka może zakryć kilka zbędnych fałdek na brzuchu, słaby popis partnera w sypialni można zamaskować udawanym "ooouu...", ale włosy z niepokrytymi równo odrostami? Tu niestety nie ma zmiłuj. Dlatego rozumiem tę obawę po stronie kobiety i lęk przed oddaniem inicjatywy mężczyźnie, komuś kto przecież nie wie jak to jest, bo samemu nie farbuje sobie włosów (jeszcze). Do tego dochodzi lęk przed odbarwieniami skory, gdy farba zbytnio ścieknie na kark lub uszy, okazywany niejednokrotnie nagłymi wybuchami paniki, zupełnie niepotrzebnymi. Wszak każdy wie, że ścieranie nadmiaru farby z płatków uszu lub wrażliwego karku to jedna z przyjemniejszych rzeczy i żaden mężczyzna nie pozwoli, by taka okazja została niewykorzystana (w sensie że zetrze nim zaschnie...).

Ten brak zaufania jest w tym wszystkim najgorszy, bo deprecjonuje działania mężczyzny. Facet widzi, że jego własna kobieta nie ufa mu, kwestionuje jego decyzje, jego działania, mówi mu co ma robić, a to tylko irytuje, złości i drażni. Taki brak zaufania szybko można ekstrapolować na inne aspekty życia, no bo jeśli ona nie ufa mu w tak błahych sprawach, jak można wierzyć ze będzie ufać w innych? Co będzie jak zechcą mieć razem dzieci? Wtedy nie będzie miejsca na wahanie - nawet czynności zupełnie nowe, do których nie jesteśmy przygotowanie, muszą być wykonane sprawnie i musimy ufać ze druga strona zrobi to dobrze.

Dlatego moje drogie Panie, lekcja na dziś: jeśli chcecie mieć dzieci ze swoimi partnerami, pozwolicie im farbować sobie włosy i nie mówcie jak mają to robić. Zrobią to dobrze sami z siebie. Bo im zależy.

A co z ta Cacą Lusha?

Ogólnie dobry shit: 5 out of 5 gwiazdek.

TeŻet



*W przeciwieństwie do większości mężczyzn, którzy są nakładaczami włosów - nakładają swoje włosy na szczotkę i tam już zostawiają. Niestety po wielu latach tej praktyki, więcej włosów zostaje na szczotce niż na głowie, ale taka to już nasza męska przypadłość.


Jeśli chcesz czytać więcej zapisków z teki TeŻeta i poznawać męski punkt widzenia na babskie sprawy nie zapomnij dać suba, albo chociaż zszeruj, lub komćnij!

czwartek, 30 maja 2013

"Im dalej w LUSH, tym..." Część piąta - CACA Brun

"Nie ma kaka praptaka" - to pierwsze skojarzenie, gdy słyszę słowo Caca :P Nie pytajcie skąd je mam, bo sama już dobrze nie wiem. Ciągnie mnie do wynalazków, więc nie mogłam odpuścić sobie zamówienie tego produktu z LUSHa. Nawet jeśli nazywa się kupa. Akurat potrzebowałam farbowania, a nie chciałam już szkodzić moim włosom. 

Część V - CACA Brun

Czym w takim razie jest nasza Caca? To nic innego, jak henna i indygo wymieszane z masłem kakaowym. Teraz, kiedy już jej doświadczyłam, mówię o tym jakby to była oczywista oczywistość, ale z początku byłam zachwycona koncepcją. Farbowanie połączone z naturalną maską na włosy - czego można chcieć więcej?


Zacznijmy od samej kostki. Wygląda przecudownie ♥ Zakochałam się od razu! Bloczek jest większy od mojej dłoni i waży 325 gramów. W pakunku otrzymałam dodatkowo rękawiczki oraz kartkę z informacjami dotyczącymi farbowania.

Projekt wzorowano na kostkach herbacianych (Tea Brick), które dawno temu służyły jako arabska waluta. Odłamywano pojedyncze kosteczki i nimi płacono. LUSH swoja hennę sprowadza z Iranu - tamtejsza ponoć jest bardziej czerwona niż pomarańczowa. Stąd inspiracja do stworzenia takiego małego dzieła sztuki. Samo patrzenie na nią sprawia mi przyjemność, wzbudzając westchnięcie tęsknoty.

Coś czego nigdy nie zapomnę to jej zapach. Intynsywny, świeży, ale też lekko orientalny. Moim pierwszym skojarzeniem była bardzo mocno zaparzona zielona jaśminowa herbata. Po przygotowaniu czuć leciutką nutę kawy. Podejrzewam, że niektórych może drażnić. Gdy Caca leżała otwarta i połamana w sypialni to świetnie sprawowała się jako odświeżacz do powietrza. Bosko :3

Znów za produktem stoi jakaś koncepcja. "No s**t hair colour" to hasło, które mu przyświeca. I faktycznie, s**tów tutaj nie znajdziemy.

Skład CACA Brun (przetłumaczony): Masło Kakaowe, Zioło Indygowca, Czerwona Henna, Zmielona Kawa, Proszek z Prokrzywy, Proszek Mchu Irlandzkiego, Olejek z Pączków Goździka, Zapach (Perfume)

Henna, indygowiec oraz kawa są składnikami, które farbują nasze włosy. Masło kakaowe i pokrzywa pielęgnują nie tylko włosy, ale i skórę głowy. Mech Irlandzki, który tak naprawdę jest glonem (Chrząstnica kędzierzawa), ma na celu zmiękczanie włosów, poprawę ich elastyczności, ale przede wszystkim poprawia konsystencję papki.

Podniecałam się tym produktem jak mrówka okresem! Nie mogłam się doczekać aż przyjdzie i wszystkim dookoła trąbiłam o cudzie, który zamówiłam. Przyszła pora na farbowanie...

Procedura jest prosta: 1. Cacę przekładamy do odpornego na wysokie temperatury naczynia i zalewamy wrzątkiem; 2. Rozrabiamy, dolewając jeszcze wody, aż uzyskamy konsystencję gęstej śmietany; 3. Podgrzewamy papkę w kąpieli wodnej, aby uzyskać najwyższą temperaturę, jaką możemy znieść. Nie wkładamy do mikrofalówki!; 4. Nakładamy na czyste i suche włosy, "od nasady aż same końce"; 5. Pozostawiamy na włosach na 1-4 godziny. Jeśli chcemy uzyskać więcej czerwonych tonów, owijamy głowę folią spożywczą. 6. Zmywamy całość szamponem. 7. PROFIT

Włosy mam długości do brody, dlatego postanowiłam najpierw rozrobić 3 kawałki i zobaczyć jaka ilość z tego wyjdzie.

Za pierwszym razem i tak wyszła trochę za gęsta

Mój ukochany taką ilością był w stanie pomalować mi całe włosy i jeszcze nałożyć sporą warstwę "na wierzch". Gdybyśmy się uparli to dałby radę na 2 kostkach. Dzięki zapasowi mogłam zastosować kolejną LUSHową poradę: malowanie włosów do 3 razy, kilka dni z rzędu. Ma to spowodować nabudowanie henny we włosach, a w efekcie - intensywniejszy kolor.

Zamiast opisywać Wam, jak wyglądało farbowanie, napiszę jak zrobić to moim zdaniem najlepiej:

TIP NR 1
Obłożyć podłogę i własne kolana gazetami, być w ubraniach, które można ewentualnie pobrudzić. Ta henna potrafi się trochę "sypać". Na pędzelku zostają małe kawałeczki, które po ostudzeniu sypią się gdzie popadnie. Nie wspomnę już o skapywaniu.

TIP NR 2
Malowanie przeprowadzić w kuchni. Za drugim razem przyjęłam taką taktykę, bo w ten sposób mogłam podgrzewać hennę na bieżąco. Będąc w łazience takiej możliwości nie ma... A ciepła kaka to dobra kaka.

TIP NR 3
Owinąć włosy folią do żywności. Nie ważne, czy chcecie mieć te czerwone tony czy nie. Henna nie owinięta sypie się z nasady włosów, przez co nie są one dobrze zafarbowane. Pod przykryciem jest ciągle ciepła, lepiej wnika we włosy i dodatkowo można sobie od czasu do czasu pomasować czerep, co by nasze odrosty ładnie łapały kolorek.

TIP NR 4
Jeśli macie możliwość, poświęćcie cały dzień na farbowanie. Nałóżcie kakę rano, spłuczcie po kilku godzinach tylko ciepłą wodą. W ten sposób na włosach pozostanie zielonkawa maska z masła kakaowego. Wieczorem dopiero umyjcie włosy i nałóżcie sobie na nie jakiś fajny olej na noc. Trust me - warto!

TIP NR 5
Nie robić tego samodzielnie! Broń Was wszyscy bogowie! Profesjonalny nakładacz niezbędny!

A teraz werble! Efekty!

Moje włosy były wcześniej farbowane farbą Coleston i było to już jakiś czas temu. Miały odcień złotawy, lekko rozjaśnione. Po pierwszym farbowaniu (trochę nieudanym, choć nie z winy farbowacza, a kaki) stały się lekko ciemniejsze i rudawe, ale niestety odrosty były prawie nietknięte. Fascynujące było jednak to, gdy po całym dniu poza domem, zauważyłam jak jeszcze ściemniały i zaczerwieniły. Nie wierzyłam, ze henna rozwija swój kolor, ale jednak! Drugie farbowanie wyszło fantastycznie. Efekty na zdjęciu mówią same za siebie. Odcień z czasem jeszcze leciutko ściemniał i nabrał "głębi". Kolor pięknie się mieni na słońcu, nie jest jednolity, no ach i och! Muszę ostrzec, że zapach henny może trochę wejść we włosy i utrzymywać jakieś 2 dni. Nie jest już tak piękny, ale wolę to niż amoniakowe s**ty.

Cena: £7.95 (ok. 39,50 zł)

Zdecydowanie polecam! Warto spróbować, zabawić się trochę :3 Ja jestem zachwycona efektem - pielęgnacyjnym i kolorystycznym. Gdy znów będę mieć okazję to z pewnością do tego wrócę!

sobota, 25 maja 2013

"Im dalej w LUSH, tym..." Część czwarta - Ale co ja właściwie sądzę u LUSHu?

Jak zapowiadałam, tak robię. Przyszła pora na osobistą ocenę LUSHa: firmy, filozofii, produktów i wszystkiego co w tym temacie wpadnie mi go głowy.

Pierwsze moje zetknięcie z LUSHem miało miejsce kilka miesięcy temu. Gdzieś rzuciły mi się w oczy recenzje, przepisy Smykusmyka na domowe "podróbki". Wcześniej nie wiedziałam o istnieniu takiej firmy, więc z ciekawości rzuciłam sobie okiem na ich stronę. Okazało się, że firma nie jest dostępna u nas, a ceny wydały mi się zaporowe - przynajmniej za ten jeden kosmetyk, który sprawdzałam. Powiedziałam sobie MEH... i mówiąc prosto olałam temat.

Potem zdarzył się wyjazd mojego ukochanego do Amsterdamu. Gdy padło pytanie co byś chciała dostać z Holandii to zaraz słodkim głosem poszło: "Ale, bo wiesz... bo jakbyś mógł... to tam jest taki LUSH... Nie żeby mi zależało, ale jakbyś mogł...". Long story short - dostałam pamiątki kosmetyczne ;)


Przyszedł czas na analizy wszystkiego co wpadnie w ręce. Strony internetowej, gazetki LUSH Times, filmików na YouTube (firmowych i amatorskich), no i oczywiście kosmetyków. Właściwie nie wiem dlaczego, aż tak mnie to wkręciło. Może jakaś chęć pójścia pod prąd połączona z lubością wytykania błędów? Nagle poczułam potrzebę zrobić rzetelny materiał, tak jak uczono mnie tego na studiach. Wyszło jak wyszło ;) Aby jednak ułatwić lekturę moich przemyśleń, zaserwuję Wam to wszystko w zgrabnych punktach.

Sprawy "takie sobie":

  1. Składy kosmetyków. Jeśli szukacie czegoś w 100% naturalnego to tutaj musicie jednak przykładać uwagę do wybieranych kosmetyków. Są SLESy, są PEGi, są parabeny (na których nie można postawić jednoznacznie krzyżyka). Kto zna składy ten zrozumie co mówię. Jeśli kogoś to nie obchodzi może ten punkt zupełnie zignorować ;) Dokładnej analizy nie przeprowadzę, bo sama muszę się jeszcze wiele nauczyć. Muszę jednak podkreślić, że jest w nich DUŻO dobrych rzeczy! Nie można o tym zapominać! Część kosmetyków jest w pełni naturalna i bez konserwantów. Po prostu trzeba patrzeć co się bierze.
  2. Dostępność. Kosmetyków tej marki nie ma dostępnych w Polsce. Pojawiają się tylko na allegro lub w bardzo nielicznych sklepach internetowych. Ceny zawsze są mocno zawyżone, bo w końcu sprzedający też chcą sobie zarobić. Pozostają zakupy zagranicą lub przez stronę LUSHa. Europa niestety potrafi zwalić z nóg cenami - jak wspominałam, 50 zł za masełko na kilka użyć to zdecydowanie za dużo, nawet jeśli jest ono świetne. Anglia jest najbardziej korzystna dla naszych portfeli, a szczególnie jeśli macie kogoś na miejscu. Polecam też zamawianie właśnie z tego kraju. Koszt przesyłki zamówienia o wadze 1-2 kg to niecałe 50 zł, więc najlepiej zebrać się w kilka osób i zrobić wspólne zamówienie.
  3. Ceny. Wszystko zależy oczywiście jak rozumiecie "drogie kosmetyki". Jeśli ceny na poziomie The Body Shop nie odstraszają Was to śmiało. Moim zdaniem w LUSHu dostaniecie lepszą jakość za podobną cenę. Niektóre rzeczy są droższe, inne bardziej przystępne. Tutaj polecam przeprowadzić własną analizę :)

Kwestie IN PLUS:

  1. Ciekawy charakter firmy. Zdecydowanie dla osób młodych duchem i z bardzo pozytywnym podejściem do świata. Podoba mi się postawienie na świeżość produktów, ochronę zwierząt, wspieranie krajów rozwijających się. Firma bierze udział w wielu kampaniach społecznych, których głównym celem są ochrona środowiska oraz prawa zwierząt. Nie wiem ile z tego to prawda, a ile to PR, mnie jednak przekonują. Można wyczuć ogólny luz i szacunek do klienta. Część produktów jest naked, czyli bez plastikowych opakowań. Wprowadzono też klasyczną zagrywkę promocyjną: wymianę pięciu pustych opakowań na nową maseczkę. Jak macie chwilę, obejrzyjcie sobie kilka ich filmików - miło się ogląda :3
  2. Ręczny wyrób. LUSH produkuje kosmetyki  we własnych manufakturach, w kilku miejscach na świecie. Nie ma mowy o masowej chińskiej produkcji. Wierzcie lub nie, ale ja to bardzo doceniam! Taki argument skłania mnie nawet do zapłacenia więcej na kosmetyk. Dużo produktów robionych jest ręcznie, na produktach naklejana jest informacja kto i kiedy wykonał nasz produkt. Nawet jest jego podobizna! 
    Moje Jelly zrobiła Nicky :)
    Łatwo trafić na Polaków, którzy najwyraźniej w poszukiwaniu lepszego miejsca, wylądowali w angielskim Poole. Doceniam ten sposób wykonania i to on daje mi dodatkowy argument za wyższą ceną gotowego kosmetyku.
  3. Wynalazki. Lubię kosmetyki, które są inne. Galaretka pod prysznic, pasta do zębów w tabletkach, henna do włosów w formie tabliczki, kostki do mycia włosów - to coś, czego nie znajdziemy u tradycyjnych firm! Dużo kolorów, śmiesznych kształtów, zabawnych nazw. Bo liczy się fun i przyjemność używania :3
  4. Zapachy. Muszę dać za to dodatkowego plusa. Nie wiem kto tam pracuje nad zapachem, ale gratuluję mu tego co jest w stanie stworzyć. Zapachy są nietypowe, inne od tych znanych z produktów innych firm. Mieszanki są tak zaskakujące, że zapadają w moją pamięć. Trudno jest je opisać, bo to nie jest kolejny zapach z cyklu a'la owoc/przyprawa/kwiat, ani typowe syntetyczne coś znane z setek innych produktów. To cała gama różnych nut, które pięknie się uzupełniają. Dużo naturalnych olejków eterycznych, absolutów i wywarów. Aż chciałabym powąchać, któreś z ich perfum (bo i takie istnieją). Ogromne WOW! 
  5. To COŚ. Bo firma też musi mieć jakąś iskrę, żeby mnie uwieść. Żeby skupić moją uwagę, oczarować i utrzymać przy sobie. Prawdopodobnie ich magią jest odmienność od całej reszty. Mimo, że znani są już na całym świecie (tylko jakoś Polskę omijają ich sklepy...) to wciąż mają w sobie urok małej swojskiej firmy - gdzie założyciele nadal pracują aktywnie, myśląc nad nowymi wynalazkami, a nie liczą tylko wpływający hajs i kombinują jakby tutaj zarobić więcej. Ja przynajmniej tak to czuję.
Pewnie domyślacie się jaki jest mój werdykt dotyczący LUSHa? ;)

Firma bardzo mnie zaciekawiła swoją działalnością i produktami. Są źródłem inspiracji do robienia własnych kosmetyków, które byłyby zabawne! :3 Ciesze się, że istnieją jeszcze takie firmy. Czasem ilość połkniętych kijów i ekskluzywności wśród marek kosmetycznych mocno mnie drażni.

Oczywiście już poczyniłam kolejne zakupy. Tym razem online na spółkę z Gosią, która jest Cosmefreak, ale też LUSHfreak, jak ja ;)

Ach, te filtry z komórki...

Nie zdradzę Wam jakie produkty dokładnie zamówiłam. Moje były trzy (jeden podwójnie) i z pewnością wrzucę recenzję tych dziwnych wynalazków :3 Gosia na pewno też będzie pisać o swoich zakupach, więc śledźcie jej bloga :) Jak widzicie, paczka była wypełniona "chrupkami". Z początku myślałam, że to jakaś sztuczność, ale nie! To ECOFLO, wypełnienie robione ze skrobi ziemniaczanej, w pełni biodegradowalne. Można dodać do kompostu albo włożyć do doniczek z kwiatami - tak radzi LUSH.  Filozofia firmy zachowana nawet w takich detalach! Well done!


Jak macie szanse to poznawajcie LUSHa. Kto ma szczęście odwiedzić ich sklep niech to zrobi, a z pewnością znajdzie coś dla siebie lub na prezent dla każdego. Tyle ciekawych rzeczy w jednym miejscu, aż żal nie spróbować czegoś innego :3